Bogata wyobraźnia Romualda Pawlaka tworzy nie tylko znane nam z serii „Dom Krastów” interesujące światy fantastycznonaukowe, ale także miniuniwersa fantasy, które znajdziemy w tomie opowiadań „Smoczy ogień”.
Od najmłodszych lat jestem właścicielką głodnej wyobraźni – którą nakarmić mogły tylko Opowieści z Narnii, a potem Diuna, Ziemiomorze, czy Malazańska Księga Poległych. Nic więc dziwnego, że zostałam absolwentką polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim, a pracę magisterską poświęciłam czytelniczej definicji fantasy. Na moim blogu znajdziecie recenzje książek fantasy i science fiction, powieści historycznych, a od czasu do czasu także dobrego kryminału. Smacznego czytania!
Bogata wyobraźnia Romualda Pawlaka tworzy nie tylko znane nam z serii „Dom Krastów” interesujące światy fantastycznonaukowe, ale także miniuniwersa fantasy, które znajdziemy w tomie opowiadań „Smoczy ogień”.
Lektura „Czytelniku, nienawidzę Cię!” sprawiła mi sporo czytelniczej frajdy, więc z chęcią sięgnęłam po kolejny zbiór opowiadań Henry'ego Kuttnera, który został wydany w serii „Wehikuł czasu”. Tym razem zawiera on nie tylko utwory fantastycznonaukowe, ale także opowiadania z elementami fantasy oraz horroru.
John Wyndham wyrasta na moje tegoroczne odkrycie w dziedzinie science fiction, bo bardzo spodobały mi się jego wizjonerskie powieści „Dzień tryfidów” i „Poczwarki”, ale to napisane w 1957 roku „Kukułcze jaja z Midwich” zrobiły na mnie największe wrażenie. A co było tego powodem, opisuję w niniejszej recenzji.
Powieść science fiction z 1951 roku „Dzień tryfidów” Johna Wyndhama zdecydowanie zasługuje na uwagę ze względu na oryginalny pomysł na tytułowe roślinne istoty, które w tajemniczy sposób rozpleniły się po całej Ziemi, niemal przejmując nad nią kontrolę.
Wszystkie książki wydawane przez Powergraph są jedyne w swoim rodzaju, nie inaczej jest w przypadku powieści Justyny Hankus „Dwie i pół duszy”, która reprezentuje rzadko spotykany gatunek folk noir. I z pewnością wywrze wręcz piorunujące wrażenie na wrażliwych czytelnikach.
Niezmiernie mnie cieszy, że w tym roku Fantazmaty wracają do regularnego wydawania swoich zbiorów, a swoją działalność rozpoczęły z przytupem, bo od chwytających za gardło Bogów i pielgrzymów Marcina Monia. Ja po przeczytaniu jego sześciu znakomicie przemyślanych opowiadań, głównie z nurtu science fiction, zawierających też szczyptę horroru, z niecierpliwością czekam na kolejne utwory spod jego pióra. A czym tak skutecznie ujął mnie autor? O tym piszę rzecz jasna w niniejszej recenzji.
Z literatury fantastycznej najrzadziej sięgam po horrory, bo w moim odczuciu rzadko kiedy mają coś istotnego do przekazania. Tym przyjemniejszym zaskoczeniem okazała się dla mnie twórczość Mariany Enríquez, która dostarcza szerokiego pola do interpretacji i przemyśleń na temat istoty człowieczeństwa. Dlatego też bez wahania sięgnęłam po najnowszą książkę jej autorstwa, która zawiera aż dwa tomy opowiadań – najnowszy, nominowany do nagrody Bookera Niebezpieczeństwa palenia w łóżku oraz reedycję wcześniejszego zbioru To, co utraciłyśmy w ogniu. Po wcześniejszej lekturze Naszej części nocy oczekiwałam po tej autorce niepokojącej, dotykającej duszy prozy i właśnie taką otrzymałam. Niniejszą recenzję podzieliłam na dwie części – każdą poświęcając jednej antologii.