Pokazywanie postów oznaczonych etykietą steampunk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą steampunk. Pokaż wszystkie posty

05 lutego 2022

[recenzja] Joanna W. Gajzler „Bóg Maszyna” – Skonstruować świat na nowo

Powiedzieć, że Bóg Maszyna Joanny W. Gajzler to debiut roku, byłoby sporym niedopowiedzeniem. Ta rewelacyjnie napisana powieść fantasy ze zdrową domieszką steampunka zasługuje raczej na tytuł debiutu dekady, bo takiej kreacji świata przedstawionego, w tym pomysłu na warstwę magiczną, nie powstydziłby się Feliks W. Kres czy Brandon Sanderson. Podczas lektury nie byłam w stanie uwierzyć, że to naprawdę pierwszy dłuższy utwór spod pióra tej autorki – wszystkie elementy składowe są tu tak znakomicie przemyślane, że funkcjonują jak dobrze naoliwiona – nomen omen – maszyna. 

 



13 lutego 2021

Oblicza ludzkiej natury – Harde Baśnie. Antologia opowiadań

Baśnie, bajki, mity, legendy i wierzenia ludowe od zarania dziejów pełnią niezwykle istotną rolę w ludzkich społecznościach – ubierają bowiem w przystępną formę najistotniejsze wartości oraz lęki danej grupy, pokazując co jest dla niej dobre, a co złe, jak postępować słusznie czy też będzie karane. Nic więc dziwnego, że stanowią nieustające źródło inspiracji dla rozlicznych twórców, a szczególnie często dla tych tworzących fantastykę. Tak stało się także w przypadku drugiego zbioru opowiadań Hardej Hordy, czyli grupy stworzonej przez polskie pisarki fantastyczne, która od czasu wydania poprzedniego tomu zatytułowanego Harda Horda wzbogaciła się o nomen omen trzynastą autorkę, czyli Krystynę Chodorowską. Antologia zatytułowana została Harde Baśnie i prowadzi dialog z wieloma znanymi z ludowych opowieści motywami, a znajdziecie tu między innymi utwory z gatunku urban fantasy, postapokalipsy, grozy i steampunku. 


30 czerwca 2018

Cholitas, obcy i niezwykłe maszyny

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA
Skafander i melonik dostępny od 14 lipca 2018 (na Polconie)

Logrus, czyli Sekcja Literacka Śląskiego Klubu Fantastyki to fenomen na skalę ogólnopolską, skupia bowiem autorów znanych i nagradzanych Zajdlem (jak Annę Kańtoch i Michała Cholewę), a także tych, którzy już opublikowali pierwszą powieść (Anna Hrycyszyn, Krystyna Chodorowska) czy dopiero zaczynają przygodę z pisaniem. I działa na tyle sprawnie, że już lipcu tego roku będziemy mogli po raz kolejny zapoznać się z efektami jej pracy w formie zbioru opowiadań, tym razem zatytułowanego Skafander i melonik. I warto tu podkreślić, że ŚKF tworzy szlachetną tradycję, która stoi w opozycji do krytykowanych powszechnie wydawnictw vanity – udowadnia bowiem, że można własnym sumptem opublikować wysokiej jakości, porządnie napisaną i zredagowaną literaturę.
 

Tematem przewodnim są oczywiście tytułowe skafander i melonik, możecie więc spodziewać się ich w każdym opowiadaniu, do tego w każdej możliwej formie, raz będące w centrum, innym razem zaś jedynie rekwizytem.

CHOLITAS!

W następstwie pomysłu na tytuł jednym z najpopularniejszych motywów zostały cholitas, czyli pochodzące z Boliwii kobiety, ubierające się w meloniki i wielowarstwowe, kolorowe spódnice. A ponieważ w swojej ojczyźnie biorą udział w walkach, fakt ten wykorzystała Aleksandra Sokólska w opowiadaniu La Estrella tworząc historię o zawodniczce space wrestlingu. Ta historia spodobała mi się najmniej, ze względu na tematykę, za którą nie przepadam, a także formę oraz niejasną dla mnie konkluzję. 
 
  Źródło zdjęcia: https://zoomeboshi.com/2016/11/02/, dostęp 29.06.2018
 
Z drugiej strony kolejna cholita, czyli Nunzia w Matki płaczą solą Alicji Tempłowicz rozkłada konkurencję na łopatki i bezsprzecznie zdobywa u mnie pierwsze miejsce, jeśli chodzi o utwory zebrane w tym tomie. Ze względu na fakt, że złoża litu Lithium Investments w Boliwii zostały zaatakowane i są napromieniowane magicznie, doświadczony Guntram i jego młodszy partner Maurice mają za zadanie dowiedzieć się, co spowodowało katastrofę i jak bezpiecznie uruchomić wydobycie. Akcja stopniowo przyspiesza, przy czym autorka zgrabnie wplata w fabułę miejscowe mity o bogach i magii, wykorzystując też lokalny język jako ważny element rozwiązania zagadki. Ta historia wciąga jak wir, przejmując do szpiku kości. Przeczytajcie ją koniecznie!

OBCY WŚRÓD NAS

Do tej kategorii pasują aż cztery opowiadania, a każde z nich podchodzi do tematu obcego w zupełnie odmienny sposób.

Po pierwsze, Zwierciadło w dziurce od klucza Marty Magdaleny Lasik, w którym przybyły z meteorem tunguskim obcy, niezbyt lubiący urządzenia elektryczne, próbuje odnaleźć swoje miejsce na Ziemi, nie dzieląc się przy tym zbytnio swoją wiedzą o reszcie zaawansowanego kosmosu, co finalnie stawia go przed ogromnym dylematem... To jedna z oryginalniejszych i ciekawszych historii, z jakimi miałam ostatnio do czynienia – już sama wizja uniwersum jest znakomita, a do tego końcówki, jakich używają w stosunku do siebie obcy (bo mają więcej niż my płci) bardzo przypadły mi do gustu. Zdecydowanie polecam zapoznać się z tą opowieścią.

Po drugie, Ślady w popiele Karoliny Fedyk, w których po śmierci znanego uczonego do opieki nad jego synem i spadkiem zgłaszają pretensje dwie osoby: kobieta przedstawiająca się jako jego siostra oraz agent imperium, z którego niegdyś uciekł. Syn jednak przepadł bez wieści, a wyspa kryje wiele tajemnic... W tej niespiesznie toczącej się historii, zawierającej elementy pamiętnika, centralnym punktem jest strach przed obcym i jego konsekwencje.


Po trzecie, Jeden spalony rzut Krystyny Chodorowskiej, który gwoli ścisłości nie jest wcale utworem fantastycznym. Trzeba jednak przyznać, że pisarka wykonała spory research na temat technik gaszenia pożarów lasów, zaś na uwagę zasługuje tu szczególnie koncept widzenia syntetycznego, który sprawia, że to opowiadanie z najmocniejszym przesłaniem.

Po czwarte, Flaun Marty Potockiej, który reprezentuje stary, dobry horror – wyprawa naukowa przybywa na inną planetę, by badać tamtejsze warunki i natyka się na jedyną w swoim rodzaju tytułową flaunę (czyli połączenie flory i fauny). I o ile ten pomysł jest rzeczywiście nowy i intrygujący, to bez trudu domyśliłam się, co się stanie z członkami ekipy.

ACH, TE PIĘKNE MASZYNY

Detektyw Fiks i sprawa mechanicznego skafandra, Anny Hrycyszyn, steampunkowa historia otwierająca tom, a zarazem też najdłuższa ze wszystkich, jest też najsympatyczniejsza w odbiorze. Detektyw i jego asystentka Jaśmina Gorol dostają do rozwiązania sprawę skafandra skradzionego miejscowemu hrabiemu, który jest także znanym wynalazcą i przedsiębiorcą. Jest tu wszystko, czego możemy spodziewać się po dobrej opowieści przygodowej: dający się lubić bohaterowie, nieoczekiwane zwroty akcji, steampunkowe machiny i zaskakujący finał. Delicje!

Ilustracja do opowiadania Anny Łagan, 
dostęp: 29.06.2018

Ekonomia to dolina niesamowitości Anny Łagan zaskoczyło mnie najbardziej ze wszystkich tu zebranych pod każdym niemal względem: nie wyobrażałam sobie bowiem do tej pory, że można tak zrealizować wątek hodowania lam! Manu to mechaczłowiek, który po odejściu swojej również nieludzkiej mentorki opiekuje się zwierzętami i uświadamia sobie, że jeśli nie podejmie zdecydowanych działań, straci swoja firemkę na rzecz korporacji. Jeżeli myślicie, że największym zagrożeniem dla ludzkości jest SI przejmująca wprost władzę nad światem, to przeczytajcie ten utwór i dopiero zobaczycie, czego się należy bać... Choć ten cyberpunk pisany jest nieco z przymrużeniem oka, zawiera sporo tematów do przemyśleń.

Zaś Pościg Michała Cholewy to opowiadanie dla tych, którzy lubią okręty i pościgi, a szczególnie za statkiem pirackim na prądach materium. Jak zwykle dobrze napisane, jednakże z nieco zbyt pesymistyczną jak na mój gust końcówką.

PODSUMOWANIE

Jak widzicie z powyższych rozważań, Skafander i melonik zawiera bardzo dobrze przemyślane i napisane utwory, opierające się na odmiennych konceptach, dzięki czemu każdy czytelnik może znaleźć tu coś dla siebie: charakterne cholitas, myślące i zaawansowane technicznie maszyny czy też obcych o różnorodnych obliczach, w formie od bardziej rozrywkowej do refleksyjnej. Tak więc z czystym sumieniem mogę Wam polecić ten zróżnicowany i przyjemny w odbiorze tomik, dostępny od 14 lipca w wersji drukowanej, warto też wiedzieć, że e-book udostępniony jest za darmo tu.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Śląskiemu Klubowi Fantastyki.

A tu znajduje się recenzja antologii z roku 2019 zatytułowanej Rozstaje.

Autor: praca zbiorowa (Krystyna Chodorowska, Michał Cholewa, Karolina Fedyk, Anna Hrycyszyn, Marta Magdalena Lasik, Anna Łagan, Marta Potocka, Aleksandra Sokólska, Alicja Tempłowicz)
Tytuł: Skafander i melonik
Wydawnictwo: Śląski Klub Fantastyki
Rok wydania: 2018

03 czerwca 2018

Dzieci Pana Izanagi i Pani Izanami

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA
Głosząca kres w sprzedaży od 6 czerwca 2018

W pierwszych dwóch tomach Wojny lotosowej, Tancerzach burzy i Bratobójcy, Jay Kristoff brawurowo podszedł do tematu japońskiego steampunka, powodując przyspieszenie tętna u niejednego czytelnika. Głosząca kres to zamknięcie tej ekscytującej serii, na które czekałam zapewne nie tylko ja.

W zrujnowanej stolicy Hiro i kierująca nim Gildia przygotowują się do ofensywy na Shimę, w której główną rolę ma odegrać przerażająco wielki mechaniczny Miażdżyciel, obsługiwany między innymi przez Kina. A ponieważ uzurpatorzy trzymają w niewoli daimyo klanu Feniksa, mają do dyspozycji także całą jego powietrzną flotę. Klan Smoka postanawia się bronić, jednak sytuację komplikuje armia gaijinów, która niespodziewanie dokonuje inwazji na ich fortecę. Kagé po zniknięciu Daichiego nie potrafią znaleźć wspólnego frontu, więc Yukiko odchodzi z grupą zwolenników, udając się do stolicy klanu Lisa – Yamy. Co gorsza, opętaną zemstą Kaori informuje Gildię, że mają w swoich szeregach buntowników, co wielu z nich przypłaca życiem. Napięcie sięga zenitu, a konflikt zdecyduje o obliczu świata na następnych kilka pokoleń...


Ten tom wyjaśnia wiele zagadek – kim są Inkwizytorzy i jakie są ich cele, jakie są intencje Kina, a także gdzie mieszkają arashitory i jak są zorganizowane, dlaczego Buruu jest nazywany bratobójcą, czemu gaijini uderzają dopiero teraz, i wreszcie co oznacza różowe oko Hany. Przy czym jak na młodzieżówkę wydarzenia są bardzo krwawe, a ilość zwrotów akcji przyprawia o zawroty głowy. Autor zgrabnie zamyka wątki pootwierane w poprzednich częściach i właściwie każdy bohater dostaje swoje dość satysfakcjonujące zakończenie, i nic a nic przy tym nie szkodzi, że niektórzy z nich przemieszczają się po krainie z prędkością fabularną. Co więcej, pisarz pokazuje zupełnie różne typy heroizmu – bardziej idealistyczną i pozytywną Yukiko, nieco mrocznego Yoshiego, upartą Kaori, czy poświęcającego się dla sprawy Daichiego. Wreszcie widać, że cała kraina i jej sąsiedzi mają wpływ na historię, a jeden zbieg okoliczności czy decyzja mogą przesądzić o ich zwycięstwie lub klęsce.

To utwór napisany z wielkim rozmachem, jeżeli poprzednie tomy trzymały Was w napięciu, ten doprowadzi Was tempem i ilością niespodziewanych wydarzeń na skraj zawału. Nawet, jeżeli można domyślić się niektórych rozwiązań, to zapewniam, że i tak Jay Kristoff niejeden raz Was zaskoczy. I do tego całkiem elegancko serwuje morał płynący z niniejszej opowieści w pięknym przemówieniu jednej z centralnych postaci: Prawdziwe przesłanie jest takie: otchłań żyje w nas. W naszej chciwości. W sposobie, w jaki patrzymy na rzeczy inne niż my. W jaki sądzimy, że inny znaczy gorszy. (…) To my wybieramy, kim chcemy zostać; i to my decydujemy o kształcie świata, w którym żyjemy (s. 665-666).





Recenzja ostatniego tomu to dobre miejsce na ocenę całego cyklu. Zatem zaczynając od świata przedstawionego – pisarz tworząc jego mitologię wziął dwie postaci bóstw z japońskich legend – Izanagiego i Izanami, jednak zmienił ich historię tak, by była kanwą jego własnej opowieści. W porównaniu do oryginalnych podań zgadzają się takie szczegóły jak: urodzenie wysp przez boginię i jej śmierć oraz zejście do krainy umarłych Yomi i nieudana próbę wyciągnięcia jej stamtąd przez ukochanego oraz obietnica, że dadzą życie odpowiednio tysiącu i tysiącu pięciuset istot. Z kolei bogowie Amaterasu i Raijin czy Hachiman występują tu bez większych zmian w stosunku do funkcji swoich pierwowzorów. Jay Kristoff dodał do tego legendy o bohaterskich tancerzach burzy, czyli jeźdźcach tygrysów gromu (arashitor), inteligentnych istot przypominających gryfy, jednak zamiast części ciała lwa posiadających część ciała tygrysa. To niejedyne nadnaturalne stworzenia - w górach Ishii pojawiają się bowiem śmiertelnie groźne demony oni, kolejnym magicznym elementem jest zaś umiejętność Przenikania, czyli łączenia swojego umysłu ze zwierzętami, a czasem też innymi ludźmi. W cesarstwie Shimy panuje szogunat, co pociąga też za sobą istnienie samurajów i kodeksu bushido, tu będącego pretekstem do rozważań, czy zawsze należy być wiernym swemu panu i dotrzymywać słowa nawet, gdy robi się krzywdę niebędącym się w stanie bronić. Aby dodać pieprzu, autor dołożył do tego słynącą ze swoich wynalazków ubraną w mechaniczne kombinezony Gildię, czyli element steampunka i wyposażył samurajów w broń łańcuchową, a nawet palną oraz latające statki. I mimo że nie do końca jestem w stanie sobie wyobrazić, jak w ogóle da się walczyć spalinową kataną, to ten świat z pewnością mnie oczarował. Nawet wzorowani na Rosjanach nieco źli gaijini zamiast irytacji wywołali u mnie raczej uśmiech na twarzy. I choć autor wykorzystał cały jego potencjał dopiero w ostatnim tomie, to jednak zrobił to na tyle umiejętnie, że cały pomysł zdecydowanie zdaje egzamin.

Co się tyczy bohaterów – zaczyna się od centralnej dwójki, czyli pochodzącej z klanu Lisa Yukiko i arashitory Buruu w pierwszy tomie, który rewelacyjnie pokazuje powstającą między nimi niezwykłą więź, dwóch adoratorów dziewczyny – samuraja Hiro i Konstruktora Kina, by w drugim tomie dodać rodzeństwo z najniższej sfery Yoshiego i Hany i pokazać trudy codziennego życie bezklanowców. Prawdę mówiąc, myślę, że autor uświadomił sobie w pewnym momencie, że nie może odebrać życia będącej w ciąży Yukiko i dlatego zdecydował się wprowadzić kolejnych posługujących się Przenikaniem. Ten element również zaliczam do udanych – mamy cały wachlarz różnych postaw i zachowań, który dostarcza ciekawych interakcji między bohaterami i bardzo wyraźnie wpływa na rozmach wydarzeń. I chyba każdy znajdzie tu postać, którą będzie w stanie polubić. Zaś fabuła, nieco wolniejsza w pierwszym tomie, rozwija się w niespodziewaną serię wyjątkowo dynamicznych wydarzeń, z których część można rzecz jasna odgadnąć. Ten składnik jest typowo przygodowy, przy czym zręcznie wykorzystuje zachwianie równowagi świata typowe dla fantasy. Styl pisania również ulega zmianie od drugiego tomu i przypominając chwyty stosowane przez Dana Browna pozwala trzymać czytelnika w nieustannym napięciu. Nadal zdarzają się dziwaczne porównania, ale najbardziej przeszkadzały mi one w Tancerzach burzy, później zwracałam bardziej uwagę na fabułę niż sam język.

Reasumując, pod kątem rozrywkowym to jedna z ciekawszych fantastycznych propozycji wydawniczych, a jeśli do tego gustujecie w kulturze japońskiej i steampunku, oraz historiach, w których mity odżywają na waszych oczach w postaci różnorodnych bohaterów, nie wahajcie się ani chwili i bierzcie się niezwłocznie za lekturę Wojny lotosowej Jaya Kristoffa.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Uroboros.


Autor: Jay Kristoff 
Tytuł: Głosząca kres 
Tytuł oryginału: Endsinger 
Tłumaczenie: Jakub Radzimiński 
Wydawnictwo: Uroboros
Rok wydania: 2018

31 maja 2018

Lotos musi płonąć

Drugi tom cyklu Jaya Kristoffa Wojna lotosowa zatytułowany Bratobójca ponownie przenosi nas do wzorowanej na Japonii steampunkowej Shimy, gdzie Yukiko i jej arashitora Buruu próbują odnaleźć swoje miejsce w nowej rzeczywistości po śmierci shoguna Yoritomo.

Po dramatycznym finale Tancerzy burzy (recenzja tu) uciekinierzy ze stolicy udają się do siedziby Kagé w górach Ishii. Tam Yukiko stara się pozbierać po śmierci ojca, jednak zamiast odpocząć czuje się tylko gorzej, ma coraz intensywniejsze bóle głowy i zaczyna tracić kontrolę nad Przenikaniem... Tymczasem w jednej z pułapek wokół obozu zostaje znaleziona członkini Gildii z metalowymi odnogami na plecach, która chce przyłączyć się do powstańców i informuje ich, że rebeliantów w jej organizacji jest więcej. Jednakże nie wszyscy Kagé są chętni do przyjęcia w swoje szeregi Kina i jego koleżanki. Okazuje się także, że Hiro i Aisha wcale nie zginęli (ten pierwszy dostał nawet od Gildii mechaniczne ramię) i aby zachować dotychczasową dynastię już wkrótce zostaną małżeństwem. Z kolei Michi jest gotowa na wszystko, by uwolnić swoją panią, jednak na razie jest więźniarką we własnym pokoju. Iskierką nadziei staje się dla niej niepozorna, opróżniająca nocne naczynia dziewczyna, która jest potajemnym członkiem Kagé. Nie mają jednak dużo czasu, bo przygotowania do ceremonii idą pełną parą, a daimyo klanu Smoka, Lisa i Feniksa zostali już na nią zaproszeni.


Nowymi bohaterami w tej części jest nastoletnie rodzeństwo bez klanu, Hana i Yoshi, które stara się przeżyć w miotanej konfliktem stolicy Shimy. Mają wiele tajemnic, w tym jedną związaną z jednym z ostatnich żyjących w cesarstwie kotów, więc poznawanie ich dość dramatycznej historii sprawi niejednemu czytelnikowi sporą przyjemność. Dziewczyna pracuje w pałacu, ale chce zrobić w życiu znacznie więcej, chłopak zaś jest gejem i wraz ze swoim partnerem postanawia zdobyć pieniądze odbierając je miejscowej yakuzie – Dzieciom Skorpiona. Ponieważ jednak żadne z nich nie ma zbyt dużego doświadczenia, ich działania prędzej czy później mogą zakończyć się straszliwą katastrofą...

O ile poprzedni tom skupiał się przede wszystkim na Yukiko i jej tygrysie gromu oraz zacieśnianiu się ich relacji, ten prowadzi naraz kilka przeplatających się wątków: Hiro i Gildii, Kagé w górach i w stolicy, oraz nowego wspomnianego w poprzednim akapicie rodzeństwa. Z tego powodu Bratobójca obfituje w wydarzenia, które nabierają coraz szybszego tempa, a finał gna niczym rozpędzona lokomotywa. Do tego Jay Kristoff zaczął stosować nową technikę, znaną czytelnikom m. in. Dana Browna – kończy rozdziały w tak zatrważających momentach, że nie sposób przestać czytać, po czym przechodzi do opowieści o innej postaci, a do tego dopracował zwroty akcji i pokazywanie wydarzeń z nieco innej perspektywy, niż się pierwotnie wydawało, emocji więc nie zabraknie. Do tego jeżeli nie pamiętacie, co się działo w poprzedniej części, książka przypomina kluczowe postaci i co się z nimi stało we wstępie.

Rzecz jasna Yukiko i Buruu dostają sporo miejsca antenowego – i choć ich wątek poszedł w zupełnie nieoczekiwaną przeze mnie stronę, to bardzo podobało mi się, że na naszych oczach rodzi się bohaterka, która się nie poddaje i nie boi się improwizować w trudnych momentach, znacznie rozwija swoje umiejętności, a przy tym umie znaleźć inne niż wszyscy, pozytywne rozwiązania. Taki właśnie powinien być protagonista w porządnym fantasy.

Pod względem rozrywkowości książka zdobywa u mnie 10/10 punktów, a autor mógłby z powodzeniem pisać scenariusze najbardziej ekscytujących filmów akcji. Wszystko dzieje się jednak tak szybko, że nie ma ani chwili na refleksję, a tymczasem robiąc krok wstecz można na przykład zauważyć, że istotne wydarzenia dzieją się tylko wokół głównych, nastoletnich bohaterów, a Shima powinna przecież jakoś niezależnie od nich funkcjonować. Moim zdaniem przywódca Kagé, czyli Daichi zupełnie nie zdaje egzaminu w swojej roli, ponadto nie dowiadujemy się też niczego o działaniach klanu Lisa. Jedynie Gildia pokazuje pazurki – a raczej długie, ostre szpony. Ich działania w niejednym wywołają ciarki... Miałam też nadzieję, że poznamy historię tytułowego bratobójcy, pisarz jednak odłożył wyjaśnienie tego wątku do trzeciego tomu. I mimo tych drobnych wad, ta powieść tak wciąga, że nie mogę się już doczekać lektury kolejnej części, czyli Głoszącej kres (recenzja tu).

Ogólnie rzecz biorąc, Bratobójca to zacne, smakowicie naszpikowane scenami akcji fantasy, zgrabnie wykorzystujące zarówno potencjał kultury japońskiej jak i steampunka. W stosunku do pierwszego tomu jest tu zdecydowanie więcej napięcia i niespodzianek. Tak więc wypieki na twarzy przy lekturze gwarantowane! Życzę zatem, byście w trakcie czytania bawili się równie dobrze, co ja. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Uroboros. 

Autor: Jay Kristoff
Tytuł: Bratobójca
Tytuł oryginału: Kinslayer
Tłumaczenie: Jakub Radzimiński
Wydawnictwo: Uroboros
Rok wydania: 2016

05 maja 2018

Poskromić tygrysa gromu

Tancerze burzy Jaya Kristoffa to naszpikowany scenami akcji japoński steampunk z elementami fantasy, który dostarcza całkiem niezłej rozrywki. Miejscem wydarzeń jest rządzone przez dwudziestoletniego szoguna Yorimoto wyspiarskie Cesarstwo Shimy, w którym najważniejszym surowcem jest lotos – napędzający nowoczesne machiny, ale także wyjaławiający ziemię uprawną. I właśnie ów władca pewnego ranka życzy sobie, by upolować mu żywego mitycznego stwora zwanego tygrysem gromu, bo miał wizję, że na jego grzbiecie ostatecznie pokona gaijinów.

Zadanie zostaje powierzone łowczemu Masaru Kitsune, czyli ojcu głównej bohaterki, szesnastoletniej Yukiko. Problem leży w tym, że na zatrutym spalinami lotosu czerwonym niebie od dawna nie widziano już żadnej legendarnej bestii. Mimo tego garstka samurajów na pokładzie latającego statku Dziecię Gromu wyrusza na poszukiwania. Dołącza do nich także Konstruktor, członek Gildii Lotosu skrywający się we wszechstronnym mechanicznym kombinezonie. Razem udają się nad góry Iishi, wprost w największą burzę, jaką kiedykolwiek widzieli. I, ku zdumieniu wszystkich, odnajdują legendarną arashitorę i po trudnej walce zamykają ją w klatce na pokładzie. Jednak statek doznał tak poważnych uszkodzeń w czasie nawałnicy, że nagle staje w płomieniach... 

Świat przedstawiony to istny samograj – szogunat z kodeksem bushido, w którym oprócz czterech szlachetnych klanów Lisa, Feniksa, Tygrysa i Smoka ogromną rolę odgrywa sprytna i pieczołowicie pilnująca swoich tajemnic Gildia Lotosu, składająca się z pomysłowych konstruktorów, twórców między innymi radia, katan łańcuchowych czy spalinowych miotaczy żelaza. Jak w każdym porządnym fantasy kraina stoi na progu wielkich zmian – kończą się ziemie uprawne, wyginęła większość zwierząt, w miastach nie da się normalnie oddychać, a wojna z gaijinami przeciąga się w nieskończoność. Do tego pisarz dokłada legendy o założeniu cesarstwa i historie o jego bogach oraz demonach, a przede wszystkim opowieści o tancerzach burzy. Trzeba autorowi przyznać, że aspekt budowania uniwersum powieści bardzo mu się udał. W utworze występuje nawet poezja haiku, a dla niezorientowanych w kulturze japońskiej przygotowany został specjalny słowniczek pojęć znajdujący się na końcu książki – o broni i strojach, a także o religii i najważniejszych pojęciach w Shimie.

Co do bohaterów – na pierwszym planie znajduje się szesnastoletnia Yukiko, która, jak na nastolatkę przystało, nieustannie kwestionuje postawę ojca, początkowo nie rozumiejąc przyczyn jego postępowania. Do tego posiada niezwykły dar, rzecz jasna nie zdradzę tu jaki, przekonajcie się sami. Jednak gdy los rzuca ją samotnie w obce góry, musi wziąć się w garść i zacząć podejmować samodzielne decyzje, które okażą się nie lada wyzwaniem. Mamy tu oczywiście do czynienia z typowym wątkiem przechodzenia w dorosłość, zrealizowanym w taki sposób, że szybko polubiłam energiczną dziewczynę. Jest także wątek miłosny – protagonistka ma dwóch zupełnie różnych od siebie adoratorów, a każdy z nich ma do odegrania istotną rolę w wydarzeniach. Przy czym autor wiarygodnie buduje motywację każdej obecnej tu postaci oraz zgrabnie używa mowy pozornie zależnej, by pokazać ich myśli, dzięki czemu łatwo ich wszystkich zrozumieć. Ponadto relacje między nimi są dynamiczne i realistycznie oddane, czasem wręcz wzruszające, a także mają spory wpływ na fabułę. 

(Oto oryginalne okładki serii, 
źródło: http://www.fantastyka.pl/informacje/pokaz/1796, dostęp dnia 05.05.2018)

Nie obyło się jednak bez drobnych zgrzytów – na stronie 283 występują np. gotyckie wzory, które w tym uniwersum nie mają racji bytu, a od czasu do czasu autora całkowicie ponosi fantazja i używa środków stylistycznych, które moim zdaniem są przekombinowane i z tego powodu nie pasują do lekkości całej czysto przygodowej opowieści. Oto kilka przykładów: Olbrzymie, poczerniałe szeregi kominów rafinerii na południu wyrzucały w niebo smród i brud niczym czarne palce tłustego odoru i kwaśnego smaku, które wnikały w gardła wezbranego tłumu (s.39). W tłumie widoczne były szkarłatne tuniki jin-haori żołnierzy miejskich – niczym czerwone rekiny poszukujące broczącego krwią mięsa (s.43). Mimo gasnącego światła dnia upał był niczym kołdra, jak żywa istota przygniatająca mizerne pałacowe ogrody lepkim ołowianym ciężarem i oblewająca ciała lśniącym potem (s.239).
Z drugiej strony wszystkie opisy są bardzo plastyczne oraz zawierają sporo detali, wliczając w to nawet zapachy, więc łatwo wyobrazić sobie wszystko, co chce przekazać nam autor. Poza tym zastanawia mnie, czemu tak zaawansowana technologicznie Gildia nie przejęła jeszcze władzy w Shimie, ale czuję, że będą próbowali to zrobić w kolejnych tomach.
Podsumowując, Tancerze burzy to znakomita propozycja dla każdego miłośnika dynamicznej fantasy, kultury japońskiej oraz steampunka. Osobiście dawno się tak dobrze nie bawiłam i nie zrelaksowałam w trakcie lektury. I z przyjemnością sięgnę po kolejny tom cyklu Wojna lotosowa zatytułowany Bratobójca (recenzja tu).

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Uroboros.

Tytuł: Tancerze burzy
Autor: Jay Kristoff
Wydawnictwo: Uroboros
Rok wydania: 2018 (wydanie II)

21 kwietnia 2018

Miłość z pirackim parowcem w tle

Debiut powieściowy Anny Hrycyszyn zatytułowany Zatopić »Niezatapialną« to połączenie romansu i powieści przygodowej ze szczyptą steampunka. Opowiada o losach pirackiego parowca oraz jego prawie całkowicie damskiej załogi, która od lat skutecznie wymyka się Straży Przybrzeżnej. Tym razem na polecenie nowego ministra handlu morskiego dowodzenie nad pościgiem obejmuje młody i ambitny Feliks Ucelli, a ponieważ ma do dyspozycji aż dziesięć nowoczesnych jednostek, sprawy przyjmują groźny obrót...

Pani kapitan – Jolinesse Rożnowski kryje niełatwe dzieciństwo i skomplikowaną historię rodzinną – jej ojciec był bowiem przeciwnikiem władzy, przez co zniknął z jej życia na dość wczesnym etapie. Nes, bo tak każe się nazywać główna bohaterka, musiała zatem szybko dorosnąć i usamodzielnić się, w czym pomogło jej pewne późnonocne spotkanie w porcie, w trakcie którego przyjęła propozycję Heile, by zaopiekować się przeznaczonym na złom parowcem. Ona i jej załoga stają się niemal legendarne w okolicy – dzięki kilku pomysłowym wynalazkom (tu właśnie mamy obiecaną szczyptę steampunka) są w stanie nie tylko pływać po rzekach i morzach. Opowieści płaszcza i szpady są zawsze o mężczyznach, a tu możemy wreszcie poczytać choć chwilę o zgranej ekipie charakternych dziewczyn, które grają innym na nosie i które można szybko polubić.

Istotnym wątkiem w powieści jest romans Nes i pewnego tajemniczego szlachcica, który pojawia się niespodziewanie w tawernie, gdzie oboje zwracają na siebie uwagę. Jeszcze tej samej upojnej nocy okazuje się jednak, że bohater ma sporo do ukrycia... Właśnie wokół tej historii miłosnej zbudowana jest cała oś fabularna utworu – do tego stopnia, że reszta elementów jest jej całkowicie podporządkowana. Ukochany Nes, będący honorową osobą, musi podjąć wiele trudnych decyzji, by chociaż spróbować przekonać do siebie wybrankę. A ponieważ ta dwójka bohaterów wysuwa się na pierwszy plan, są również najdokładniej scharakteryzowani, głębią psychologiczną dorównuje im tylko Edward de Succomber, starszy porucznik, będący tu jedynym głosem rozsądku. Pozostałe postaci i świat przedstawiony są jedynie lekko zarysowane – gdy zaczynają płonąć rządowe plantacje ryżu, czujemy rosnące napięcie, jednak nie dowiadujemy się, jaki obrót przybrały sprawy.

Opowieść prowadzona jest przez narratora wszechwiedzącego, który ujawnia nam myśli postaci, nawet, gdy przeskakują w czasie o kilka lub więcej lat wstecz. Retrospekcje pojawiają się nie tylko w związku z ich wspomnieniami, ale są tu podstawowym chwytem pisarki. W niektórych przypadkach powodują, że jak w dobrym serialu odbiorca nie może się doczekać, by poznać przyczyny niecodziennej sytuacji, jednak z drugiej strony może też mieć w głowie lekki zamęt dotyczący chronologii wydarzeń.

Z przykrością muszę też stwierdzić, że informacje na tylnej części okładki mogą przynieść tej pozycji więcej szkody niż pożytku – nie spodziewajcie się tu bowiem szalonego tempa akcji, ani też armii zaawansowanych machin rodem z cyberpunka, ale raczej sporej ilości informacji o okrętach i żeglowaniu. Musicie też wiedzieć, że historia jest pisana w dość poważnym tonie (z wyjątkiem zabawnych tytułów rozdziałów) – i jest to w mojej ocenie sporym potknięciem sympatycznego debiutu, spodziewałam się bowiem nieco mniej zobowiązującego stylu narracji. Z drugiej strony wyraźnie widać, że warstwa językowa jest starannie dopracowana – autorka pieczołowicie i konsekwentnie dobierała słowa, by snuć swoją opowieść, dzięki czemu czyta się ją szybko i przyjemnie. Dlatego też mimo kilku niedociągnięć występujących w tej powieści z pewnością będę obserwować kolejne kroki literackie Anny Hrycyszyn – bo w jej stylu i pomysłach kryje się całkiem spory potencjał.

Zatem jeżeli macie ochotę popływać z damską załogą na nieco zmodyfikowanym parowcu, a także śledzić losy trudnego romansu energicznej piratki i naiwnie honorowego szlachcica, możecie usiąść ze szklaneczką rumu na balkonie i sięgnąć po Zatopić »Niezatapialną«.

Autor: Anna Hrycyszyn
Tytuł: Zatopić „Niezatapialną”
Wydawnictwo: Genius Creations
Rok wydania: 2017