czwartek, 31 maja 2018

Lotos musi płonąć

Drugi tom cyklu Jaya Kristoffa Wojna lotosowa zatytułowany Bratobójca ponownie przenosi nas do wzorowanej na Japonii steampunkowej Shimy, gdzie Yukiko i jej arashitora Buruu próbują odnaleźć swoje miejsce w nowej rzeczywistości po śmierci shoguna Yoritomo.

Po dramatycznym finale Tancerzy burzy (recenzja tu) uciekinierzy ze stolicy udają się do siedziby Kagé w górach Ishii. Tam Yukiko stara się pozbierać po śmierci ojca, jednak zamiast odpocząć czuje się tylko gorzej, ma coraz intensywniejsze bóle głowy i zaczyna tracić kontrolę nad Przenikaniem... Tymczasem w jednej z pułapek wokół obozu zostaje znaleziona członkini Gildii z metalowymi odnogami na plecach, która chce przyłączyć się do powstańców i informuje ich, że rebeliantów w jej organizacji jest więcej. Jednakże nie wszyscy Kagé są chętni do przyjęcia w swoje szeregi Kina i jego koleżanki. Okazuje się także, że Hiro i Aisha wcale nie zginęli (ten pierwszy dostał nawet od Gildii mechaniczne ramię) i aby zachować dotychczasową dynastię już wkrótce zostaną małżeństwem. Z kolei Michi jest gotowa na wszystko, by uwolnić swoją panią, jednak na razie jest więźniarką we własnym pokoju. Iskierką nadziei staje się dla niej niepozorna, opróżniająca nocne naczynia dziewczyna, która jest potajemnym członkiem Kagé. Nie mają jednak dużo czasu, bo przygotowania do ceremonii idą pełną parą, a daimyo klanu Smoka, Lisa i Feniksa zostali już na nią zaproszeni.


Nowymi bohaterami w tej części jest nastoletnie rodzeństwo bez klanu, Hana i Yoshi, które stara się przeżyć w miotanej konfliktem stolicy Shimy. Mają wiele tajemnic, w tym jedną związaną z jednym z ostatnich żyjących w cesarstwie kotów, więc poznawanie ich dość dramatycznej historii sprawi niejednemu czytelnikowi sporą przyjemność. Dziewczyna pracuje w pałacu, ale chce zrobić w życiu znacznie więcej, chłopak zaś jest gejem i wraz ze swoim partnerem postanawia zdobyć pieniądze odbierając je miejscowej yakuzie – Dzieciom Skorpiona. Ponieważ jednak żadne z nich nie ma zbyt dużego doświadczenia, ich działania prędzej czy później mogą zakończyć się straszliwą katastrofą...

O ile poprzedni tom skupiał się przede wszystkim na Yukiko i jej tygrysie gromu oraz zacieśnianiu się ich relacji, ten prowadzi naraz kilka przeplatających się wątków: Hiro i Gildii, Kagé w górach i w stolicy, oraz nowego wspomnianego w poprzednim akapicie rodzeństwa. Z tego powodu Bratobójca obfituje w wydarzenia, które nabierają coraz szybszego tempa, a finał gna niczym rozpędzona lokomotywa. Do tego Jay Kristoff zaczął stosować nową technikę, znaną czytelnikom m. in. Dana Browna – kończy rozdziały w tak zatrważających momentach, że nie sposób przestać czytać, po czym przechodzi do opowieści o innej postaci, a do tego dopracował zwroty akcji i pokazywanie wydarzeń z nieco innej perspektywy, niż się pierwotnie wydawało, emocji więc nie zabraknie. Do tego jeżeli nie pamiętacie, co się działo w poprzedniej części, książka przypomina kluczowe postaci i co się z nimi stało we wstępie.

Rzecz jasna Yukiko i Buruu dostają sporo miejsca antenowego – i choć ich wątek poszedł w zupełnie nieoczekiwaną przeze mnie stronę, to bardzo podobało mi się, że na naszych oczach rodzi się bohaterka, która się nie poddaje i nie boi się improwizować w trudnych momentach, znacznie rozwija swoje umiejętności, a przy tym umie znaleźć inne niż wszyscy, pozytywne rozwiązania. Taki właśnie powinien być protagonista w porządnym fantasy.

Pod względem rozrywkowości książka zdobywa u mnie 10/10 punktów, a autor mógłby z powodzeniem pisać scenariusze najbardziej ekscytujących filmów akcji. Wszystko dzieje się jednak tak szybko, że nie ma ani chwili na refleksję, a tymczasem robiąc krok wstecz można na przykład zauważyć, że istotne wydarzenia dzieją się tylko wokół głównych, nastoletnich bohaterów, a Shima powinna przecież jakoś niezależnie od nich funkcjonować. Moim zdaniem przywódca Kagé, czyli Daichi zupełnie nie zdaje egzaminu w swojej roli, ponadto nie dowiadujemy się też niczego o działaniach klanu Lisa. Jedynie Gildia pokazuje pazurki – a raczej długie, ostre szpony. Ich działania w niejednym wywołają ciarki... Miałam też nadzieję, że poznamy historię tytułowego bratobójcy, pisarz jednak odłożył wyjaśnienie tego wątku do trzeciego tomu. I mimo tych drobnych wad, ta powieść tak wciąga, że nie mogę się już doczekać lektury kolejnej części, czyli Głoszącej kres (recenzja tu).

Ogólnie rzecz biorąc, Bratobójca to zacne, smakowicie naszpikowane scenami akcji fantasy, zgrabnie wykorzystujące zarówno potencjał kultury japońskiej jak i steampunka. W stosunku do pierwszego tomu jest tu zdecydowanie więcej napięcia i niespodzianek. Tak więc wypieki na twarzy przy lekturze gwarantowane! Życzę zatem, byście w trakcie czytania bawili się równie dobrze, co ja. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Uroboros. 

Autor: Jay Kristoff
Tytuł: Bratobójca
Tytuł oryginału: Kinslayer
Tłumaczenie: Jakub Radzimiński
Wydawnictwo: Uroboros
Rok wydania: 2016

8 komentarzy:

  1. Pierwszy tom był świetny 💟💟 czekam na swój egzemplarz!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Drugi ma trochę inny klimat, ale pędzi niczym rozpędzona lokomotywa! To czekam na Twoją opinię :)

      Usuń
  2. Koniecznie muszę nadrobić tę serię :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem bardzo ciekawa tej trylogii 😍 chce ją przeczytać

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam nadzieję, że Ci się spodoba :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Przyznaję bez bicia, przeleciałam Twą recenzję bez czytania, bo nie chcę sobie zaspoilerować pierwszego tomu, ale czaję się na tę serię i mam nadzieję, że przez wakacje uda mi się ją przeczytać w całości:)

    Klimaty japońskie to w końcu moja broszka:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Jeżeli tak, to koniecznie bierz się za lekturę, i daj znać, jak oceniasz cały cykl!

    OdpowiedzUsuń