sobota, 26 maja 2018

Dawca wiedzosprenów

Ponieważ polski wydawca podzielił Dawcę przysięgi Brandona Sandersona na dwie części (recenzja pierwszej tu), musieliśmy czekać aż pięć miesięcy, by poznać całą historię zawartą w tej niezwykłej powieści fantasy. A zatem czy było warto wypatrywać kontynuacji Archiwum Burzowego Światła?

W tym woluminie Dalinar i Navani zdwajają wysiłki, by zbudować silną koalicję władców mającą na celu wspólną obronę przed coraz groźniejszymi parshmenami. Dlatego też próbują przekonać królową Fen, by zgodziła się na otwarcie Bramy w Thaylen, a Kowal Więzi wyposażony w odpowiednie listy i traktaty wyprawia się do Aziru, mając nadzieję na kolejnego sojusznika. Niestety, w tym samym czasie Alethyjczycy tracą kontrolę nad swoją stolicą – Kholinarem, w związku z czym udaje się do niego wyselekcjonowana grupa, która ma rozpoznać sytuację i podjąć odpowiednie działania. Jednak gdy Elhokar, Shallan, Kaladin i Adolin przybywają na miejsce, nie poznają miasta – po ulicach chodzą ludzie należący do świeżo założonego Kultu Chwil przebrani za spreny, pałac z królową i synem króla jest bardzo ściśle pilnowany przez zachowujących się dziwnie strażników, dzielnice są rządzone przez lordów, a jedyna działająca instytucja to Straż Muru z tajemniczym marszałkiem o imieniu Lazur na czele. Brakuje jedzenia, a do miasta są wpuszczani coraz to nowi uciekinierzy z okolicy. Od czasu do czasu zdarzają się ataki latających Stopionych, a wkrótce wszyscy spodziewają się ich całej armii. Czy bohaterom uda się odzyskać kontrolę nad Kholinarem i otworzyć Bramę Przysięgi na czas?


Również parshmeni dostają swój wątek – na pierwszym planie ich opowieści znajduje się Venli, najpierw wykorzystywana jako mówca mający przekonać własnych pobratymców do współpracy z Odium, potem jako ktoś znacznie więcej... Dzięki temu mamy okazję bezpośrednio obserwować poczynania i postępy wojowniczego boga. Dowiadujemy się także, co porabia Szeth – otóż obarczony bardzo gadatliwym i agresywnym mieczem trafia do Zakonu Niebiańskich, gdzie może wreszcie podejmować samodzielne decyzje. Zastanawiałam się, po co ta postać w ogóle wróciła na karty powieści, ale przekonałam się, że autor ma na niego całkiem satysfakcjonujący i przy tym nieco zaskakujący pomysł.

W tym tomie Sanderson udowadnia, że doskonale zdaje sobie sprawę, jak napisać pełnokrwiste heroic fantasy. Każda z pierwszoplanowych postaci odgrywa tu bardzo istotną rolę i napotyka na swojej drodze skomplikowane przeszkody, których pokonanie wymaga nadludzkiego wręcz wysiłku. Widać, jak bardzo od czasów młodości zmienił się Dalinar i że musi zacząć myśleć w zupełnie nowy sposób, krok po kroku odkrywając niezwykłe moce Kowala Więzi. Moim zdaniem od samego początku serii jest on najlepiej prowadzoną postacią, przy okazji też moją ulubioną, a jego działania dostarczyły mi tu ogromnej satysfakcji czytelniczej. Shallan zaś zaczyna gubić własne ja w zbyt wielu wcieleniach, wahając się przy tym pomiędzy Adolinem i Kaladinem, docierając na skraj załamania nerwowego. Krótko mówiąc, widać wyraźnie, że autor starannie zaplanował losy każdej postaci i realizuje swoje pomysły z solidnym przytupem. Zaś finał tej części po prostu zapiera dech w piersi i zawiera kilka iście zadziwiających zwrotów akcji.

Oprócz bohaterów drugim najistotniejszym elementem tej części Archiwum Burzowego Światła są nowe informacje o świecie przedstawionym – poznajemy szczegółowo pięć ideałów Świetlistych Rycerzy, zaczynamy rozumieć, jak funkcjonują Krainy Ducha, Umysłu i Materii, zyskujemy wiedzę o Niestworzonych, Heroldach i bogach, na co czekało zapewne wielu fanów serii. W retrospekcjach Dalinar przypomina sobie, co się stało z jego żoną i ta wiedza odciska na nim ogromne piętno, do tego ciągle słyszy głos „zjednocz ich”. Ja w pewnym momencie zaczęłam po prostu robić sobie notatki, by o niczym nie zapomnieć i w pełni zrozumieć, jak działa to uniwersum. (No i przypomnieć sobie fabułę w 2020 roku, w którym jest planowane wydanie kolejnego tomu tej serii.) Z drugiej strony ten aspekt może przytłoczyć odbiorców, którzy nie mają ochoty dokonywać analizy i syntezy ciekawostek na temat Cosmere. Miałam też wrażenie, że książka spokojnie obyłaby się bez niektórych scen i retrospekcji, szczególnie tych związanych z Kaladinem. I jeżeli miałabym szukać dziury w całym, to zabrakło mi tylko jednego elementu: gry z czytelnikiem w domyślanie się, podobnej do tej z Bohatera Wieków, gdzie poprzez pamiętnik tytułowego herosa można było próbować zgadnąć, kim on jest. Tu zaś cytaty z różnych dzieł przedstawionych na początku każdego rozdziału oraz działania postaci po prostu ujawniają nam krok po kroku kolejne nowinki.

Dawcą Przysięgi II Sanderson udowadnia, że jest mistrzem heroic fantasy, zarówno w zakresie tworzenia wyrazistych, dających się lubić bohaterów, jak i niepowtarzalnych światów przedstawionych z rozwiniętym systemem magii, bezustannie dostarczając czytelnikowi sporych emocji i przełomowych wydarzeń. Stawia konkurencji poprzeczkę tak wysoko, że mało kto będzie w stanie ją przeskoczyć. Jeśli zatem macie ochotę zatopić się w znakomitej, najwyższej próby fantastyce i chcecie poznać odpowiedź na pytanie, jaki jest najważniejszy krok, który może zrobić człowiek, bierzcie się niezwłocznie za lekturę!

Autor: Brandon Sanderson
Tytuł: Dawca Przysięgi II
Tytuł oryginału: Oathbringer
Tłumacz: Anna Studniarek
Wydawnictwo: Mag
Rok wydania: 2018

poniedziałek, 21 maja 2018

Najciemniejsze cienie nurtu

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA
Spętani przeznaczeniem dostępni w sprzedaży od 23 maja 2018

Na kontynuację Naznaczonych śmiercią Veronica Roth kazała nam czekać ponad rok. W pierwszym tomie zaprezentowała niezwykły świat przestawiony, w którym przenikający wszystko nurt obdarzał wybrane osoby szczególnymi zdolnościami. I tak Cyra, dysponująca wywołującymi ból cieniami nurtu spotkała Akosa – jedynego chłopaka, który potrafi stłumić każdą nadprzyrodzoną umiejętność. Niczym Romeo i Julia pochodzą jednak z nienawidzących się ludów – podróżujących po kosmosie Shotet i osadniczych Thuvhe, które dzielą jedną planetę i pogrążają się w coraz większym konflikcie... Drugi i zarazem ostatni tom tej serii, zatytułowany Spętani przeznaczeniem kontynuuje tę unikalną historię. Przekonajmy się więc, czy autorka wynagradza nam czas oczekiwania na tę lekturę?

Eijeh i Ryzek zostają zamknięci w celach na statku kosmicznym, jednak spokój nie trwa długo, bo Isae postanawia rozprawić się z drugim z nich po swojemu, co kończy się wsadzeniem jej i Cisi do kapsuły ratunkowej i odesłaniem ich do Siedziby Zgromadzenia. Na miejscu dołącza do nich stary znajomy pani kanclerz o imieniu Ast, który najwyraźniej pragnie wpływać na jej decyzje, przez co on i Cisi z miejsca zostają wrogami. Statek z Cyrą i resztą bohaterów dolatuje zaś do Ogry, gdzie przez dłuższy czas gromadzili się przeciwnicy jej ojca. I właśnie tam dościga ją ultimatum kanclerz Isae – bezwarunkowa kapitulacja Shotet albo bezpardonowa wojna. Pojawia się jednak kolejny problem – Lazmet Noavek żyje i wraca na arenę, pragnąc znów przejąc kontrolę nad całym wędrownym ludem. Na dodatek wyrocznia z Ogry wzywa do siebie Cyrę i Akosa i mówi im coś, co każe im całkowicie inaczej spojrzeć na siebie i swoje losy...


Ci, którzy lubią wątki miłosne, nie będą zawiedzeni – mamy bowiem okazję obserwować historię perypetii sercowych Cisi (i nie zdradzę kogo), a także rozlicznych problemów, które pojawiają się między nerwową Cyrą i czasem nieco zbyt potulnym Akosem. Zaś nowym elementem w tym tomie jest narracja pierwszoosobowa prowadzona przez wspomnianą już Cisi, ale także Eijeha, dzięki czemu poznajemy sytuację z ich punktu widzenia i możemy przebywać w wielu miejscach naraz. Eijeh dostaje zresztą interesujący motyw – po wymianie wspomnień z Ryzekiem zaczyna bowiem mówić o sobie my, nie tracąc przy tym daru wyroczni... Przed wszystkimi bohaterami staje zatem trudne zadanie – nie tylko odnaleźć swoje miejsce w nowej sytuacji, ale też powstrzymać wojnę, która przy dostępnej technologii pocisków antynurtowych może zetrzeć w proch oba narody...

Lubię od czasu do czasu sięgnąć po literaturę młodzieżową, bo sprawia mi przyjemność obserwowanie, jak młodzi ludzie nabierają pewności siebie i kształtują swoją osobowość, niejednokrotnie przeradzając się w wybitne jednostki. I jak potrafią przywrócić sens zatraconym przez starsze pokolenia ideałom. Tu spodziewałam się szczególnie tego, że młodzi zbuntują się przeciwko ogłoszonym dla nich losom i pokażą wszystkim, że to oni sami wybiorą swoją ścieżkę. Że książka doda kamyczek do dyskusji o przeznaczeniu. Niestety, nic takiego się nie następuje, do tego rozwój bohaterów jest minimalny i raczej tylko reagują na wydarzenia, zamiast je aranżować. Owszem, prawie każdy z nich dostaje swoją odrębną scenę kulminacyjną, w której wykorzystuje swój dar w wyjątkowy sposób (ten element jest zdecydowanie na plus), ale w mojej ocenie był tu potencjał na znacznie więcej, także w zakresie budowania napięcia i wywoływania emocji u odbiorcy.

Sama fabuła jest zaś poszarpana, postaci przemieszczają się po uniwersum nie porozumiewając się między sobą i do tego wybierają najprostsze rozwiązania – typu zabić. W Zgromadzeniu jest aż dziewięć planet – i jest jego przewodniczący, który przecież wyrzeka się imienia i nazwiska, by reprezentować interesy wszystkich po równo. Jak to więc możliwe, że pozwalają swojemu członkowi – Isae na podjęcie drastycznych kroków w wojnie domowej? Czemu polityka kończy się na kilku bezowocnych rozmowach, a posiadający wyrocznie, czyli widzący przyszłość Thuvhe pozwalają na taki rozwój wydarzeń? Jedną z odpowiedzi jest oczywiście to, że tylko bohaterowie znani przez czytelnika mają realny wpływ na rozwój opowieści i był to celowy zabieg autorki. I o ile sprawdził się w poprzednim tomie przy ekspozycji, to w tym, gdy orientujemy się już dość dobrze w świecie przedstawionym, a postaci latają po kilku globach, w moich oczach nie zdaje już egzaminu.

Kolejną łyżką dziegciu jest język – z przykrością muszę stwierdzić, że styl tłumaczenia zupełnie nie przypadł mi do gustu. Dziwny szyk wyrazów w wielu zdaniach, rozliczne niezgrabnie brzmiące fragmenty, w których  jestem w stanie bez trudu zrekonstruować angielski oryginał, i sztuczne dialogi w znacznej mierze zredukowały moją radość z czytania.

I mimo że moja głodna wyobraźnia lubi uniwersa wymyślane przez Veronikę Roth – zarówno to z Niezgodnej jak i z tej powieści (pomysł na dary nurtu jest przecież znakomity), to sam intrygujący świat i kilkoro przemieszczających się po nim bohaterów z mocami raczej nie wystarczy, by mnie oczarować. Dlatego też niestety mam wrażenie, że choć chciałam poznać dalsze losy rodzin Kereseth i Noavek, to lektura Spętanych przeznaczeniem ujawniła przede mną wszystkie najczarniejsze cienie nurtu i w efekcie nie sprawiła oczekiwanej przyjemności. A jak było w Waszym przypadku?

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Jaguar.

Autor: Veronica Roth
Tytuł: Spętani przeznaczeniem
Tytuł oryginału: The Fates Divide
Tłumaczenie: Michał Zacharzewski
Wydawnictwo: Jaguar
Rok wydania: 2018

sobota, 19 maja 2018

Piętno świata bez książek

Po 451 stopni Fahrenheita sięgnęłam z ciekawości – aby sprawdzić, czy napisana w 1953 roku powieść science-fiction Raya Bradbury'ego zawiera nadal aktualne treści, ale też ze względu na główny pomysł – czyli świat bez książek. Jak zatem wypada lektura z poprzedniego stulecia?

Głównym bohaterem jest trzydziestoletni Guy Montag, z zawodu strażak. A ponieważ wynaleziono specjalną niepalną folię, którą pokrywa się całe budynki, służba pożarnicza jest czymś zupełnie innym niż u nas – zamiast walką z ogniem zajmuje się bowiem jego wzniecaniem i jest wzywana, by palić zakazane woluminy wraz z domami ich właścicieli. A tak się składa, że wszystkie książki są zakazane, ponadto można nawet zostać ukaranym za spacer na świeżym powietrzu. Żona Guya Mildred całymi dniami ogląda telewizję i marzy o tym, by mieć ekran na kolejnej, czwartej ścianie, bo wtedy mogłaby w pełni uczestniczyć w programie „rodzinka”, w którym specjalna funkcja pozwala włożyć w usta prowadzącego jej nazwisko za każdym razem, gdy zwraca się on do publiczności. Punktem zwrotnym dla protagonisty jest spotkanie z Clarissą McClellan, nastoletnią sąsiadką, która znienacka zadaje mu szereg pytań, w tym to najważniejsze – czy jest szczęśliwy. Zaczyna wychodzić na jaw tajemnica strażaka – że od jakiegoś czasu zaczął ukrywać w domu uratowane z pożarów książki...


W centrum opowieści znajduje się cały czas Guy, dlatego też jest jedyną postacią, której myśli poznajemy. Z tej przyczyny nie uzyskujemy szczegółowej wiedzy o całym dystopicznym świecie przedstawionym, a jedynie widzimy wydarzenia dziejące się bezpośrednio wokół strażaka. Powieść jednak nic na tym nie traci, bo przemyślenia bohatera i rozmowy, które prowadzi, np. ze swoim komendantem czy emerytowanym profesorem Faberem są głębokie i niosą tak istotne treści, że można do nich wielokrotnie wracać. Istotnym elementem utworu jest oczywiście analiza stanu społeczeństwa: No, jak by nie patrzeć, żyjemy w epoce chusteczek jednorazowych. Wydmuchaj nos w drugiego człowieka, zgnieć go w dłoni, spuść w toalecie (s.23). Ludzie nie spędzają już czasu na gankach, by ze sobą po prostu porozmawiać, oglądają jedynie telewizję, przez co ich słownictwo zubożało do tego stopnia, że nie są w stanie sformułować dłuższego zdania, a także wypowiedzi bez powtórzeń. Mamy wszystko, co niezbędne do szczęścia, a mimo to nie jesteśmy szczęśliwi. Czegoś brakuje. (...) Jedyną rzeczą, co do której miałem pewność, że jej brakuje, były książki, które spaliłem przez ostatnie dziesięć, dwanaście lat (s.81). To tylko jedna z wielu wypowiedzi poświęcona drugiemu najważniejszemu aspektowi utworu, czyli roli, jaką mogą odgrywać książki we współczesnym świecie, znajdziecie na ten temat sporo interesującej materii, np.: Być może książki pozwoliłyby nam choć częściowo wychynąć z jaskini; być może dzięki nim uniknęlibyśmy popełnienia po raz drugi tych samych przeklętych błędów! (s.73).

Powieść pełna jest symbolicznych znaczeń – na przykład imię i nazwisko głównego bohatera można zinterpretować następująco: Guy (po angielsku facet, gość) to rodzaj znanego ze średniowiecznych moralitetów Everymana, odbywającego swoją ostateczną wędrówkę, po której zostanie osądzony i uznany za dobrego lub złego; zaś Montag to po niemiecku poniedziałek, a zatem pierwszy dzień tygodnia, symbolizujący nowe otwarcie, przebudzenie. Pozostałe postaci także nie są osobami z krwi i kości, ale raczej przedstawicielami pewnych idei i wartości, czy też po prostu życiowych postaw, co również odpowiada formie moralitetu. Ponadto znajdziemy tu sporo aluzji i nawiązań do znanych dzieł literackich, oraz sporo zagadnień, które możemy poddać analizie. I z całą pewnością możemy dostrzec w tej powieści znacznie więcej, niż sam autor zakładał, czyli przede wszystkim krytykę telewizji. W rzeczy samej, rzadko się zdarza, by 150 stron było tak wypełnione znaczeniami, impulsami do przemyśleń nad współczesnym człowiekiem i społeczeństwem, by mimo upływu 65 lat nie stracić trafności i przewidzieć między innymi to, jak technologia pozbawi nas umiejętności komunikacji międzyludzkiej czy jak wszystko wokół przyspieszy. Z drugiej strony pisarz nie założył m. in. powstania telefonów komórkowych – rozmawianie przez tradycyjny aparat stacjonarny może więc u niejednego z nas wywołać uśmiech.

Są takie książki, które wypalają na czytelnikach piętno. Takie właśnie jest 451 stopni Fahrenheita ze swoją głębią, szerokim polem do interpretacji i prawdziwą życiową mądrością. To jedna z tych lektur, do których można wielokrotnie wracać, ciągle odkrywając w niej nowe sensy i zadając sobie nowe pytania. Czym bylibyśmy bowiem bez słowa pisanego, pozbawieni kontekstu i doświadczeń poprzednich pokoleń? Kim bylibyśmy bez znajomości dobra i zła, bez możliwości podejmowania świadomych decyzji? I z tą myślą Was zostawiam, gorąco zachęcając do przeczytania tej ponadczasowej przypowieści o budzeniu się wewnętrznego ja, której z pewnością nie powstydziliby się scenarzyści Black Mirror.

Autor: Ray Bradbury
Tytuł: 451 stopni Fahrenheita
Tytuł oryginału: Fahrenheit 451
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła
Wydawnictwo: Mag
Rok wydania: 2018

sobota, 12 maja 2018

Panny Stern w opałach

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA
Toń dostępna w sprzedaży od 23 maja 2018

Toń Marty Kisiel to, jak zwykle w przypadku tej pisarki, urban fantasy zawierające elementy humorystyczne, tym razem wzbogacone o kilka zagadek związanych z historią Wrocławia. Ale, czy jak wieść gminna niesie, jest to najlepsza książka Ałtorki*? Właśnie na to pytanie postaram się odpowiedzieć w niniejszej recenzji.

Cały ambaras zaczyna się w momencie, gdy kieszonkowa seksbomba Dżusi Stern na prośbę ciotki wraca po trzyletniej nieobecności do Wrocławia, by tam zaopiekować się mieszkaniem i wspomóc starszą siostrę, pedantyczną bibliotekarkę Eleonorę. I niestety zaprasza do środka bardzo urokliwego antykwariusza, który twierdzi, że znalazł pewien przedmiot dla jej nieobecnej krewnej i w zamian miał coś od niej odebrać. Blond piękność łamie tym samym obowiązującą w rodzinie zasadę trzech nigdy: nikogo nie wpuszczać do mieszkania, nie zostawiać go pustego i nie wspominać, co się stało z rodzicami. Gdy Eleonora robi jej z tego powodu wyrzuty, w gorącej wodzie kąpana Dżusi rozpoczyna poszukiwania, co kończy się śmiercią zbyt gadatliwego antykwariusza, a także spontaniczną kradzieżą pewnego nietypowego zegarka, który odegra w dalszych wydarzeniach dość istotną rolę. Gdy wraca ciotka, siostry muszą się zmierzyć nie tylko z jej gniewem, ale także nachodzącym je codziennie zegarmistrzem Gerdem. Pragną też dowiedzieć się, jak zaginęli ich rodzice Ludwik i Irena Sternowie. Co ma z tym wspólnego stary zegar, półki pełne pudełek z notatkami sprzed lat i udający antykwariusza niezwykle groźny typ o melodyjnym imieniu Ramzes?

Toń to dobrze napisana powieść, bowiem po pierwsze zawiera galerię niezwykle barwnych i wyrazistych postaci, w tym komiczną Dżusi opisaną tak: Z jednej strony po ostatnich przejściach starała się uważać na każde słowo, żeby znowu czegoś nie schrzanić, z drugiej zaś ciągle odzywała się w niej choleryczna natura narwańca kąpanego nie tyle w gorącej wodzie, ile wręcz we wrzątku (s.279). Występują też bohaterowie bardziej poważni, na przykład Eleonora, o której Ałtorka pisze w następujący sposób: Pamiętała wszystkie czytelnicze twarze, nazwiska i zbrodnie przeciwko konkretnym książkom. Jeśli dodać do tego absolutnego świra na punkcie punktualności, symetrii i porządku, Eleonora Stern była bibliotekarzem z piekła rodem (s.34). I wreszcie pojawiają się także bohaterowie tragiczni – na przykład ciotka Klara (nie zdradzę za wiele na jej temat, by nie psuć zaskoczenia przy odkrywania jej sekretów), którą inni widzą tak: A potem spojrzał prosto w oczy Klary Stern i ujrzał w nich coś takiego, od czego zjeżyły mu się włosy. Jak gdyby zawędrowała pod same bramy piekła, po czym wróciła (s.93). Jak widać po powyższych cytatach, każda postać została przez pisarkę dość starannie przemyślana i scharakteryzowana, a co za tym idzie ma indywidualną, zazwyczaj silną motywację do działania. Dlatego też ich interakcje kończą się często mini wybuchem wulkanu, co może zapewnić solidną dawkę czytelniczych emocji. Dialogi bywają tu istną burzą z piorunami!

 

Po drugie, to zdecydowanie najciekawsza i najlepiej zrealizowana fabuła, która wyszła spod pióra Marty Kisiel. Jak zwykle wszystko zaczyna się zabawnie, ale w miarę rozwoju wydarzeń akcja tym razem już pełnoprawnej powieści przyspiesza i staje się coraz poważniejsza. Na tyle, że zaczynają pojawiać się trupy... Oprócz elementów fantastycznych istotną rolę odgrywają tu też fragmenty historii Wrocławia, bohaterowie muszą się więc postarać i przeprowadzić w tej sprawie mini śledztwo. Do tego pisarka zastosowała dość ciekawą technikę – czytelnik zyskuje informacje na temat rozwoju sytuacji nie od narratora, ale głównie z dialogów postaci. Występuje oczywiście narrator wszechwiedzący, ale zazwyczaj opisuje otoczenie czy wygląd i zachowanie poszczególnych osób, a tylko od czasu do czasu komentuje sytuację, np.: Obie miały trochę racji - a trochę nie (s.99). Myśli bohaterów prezentuje za pomocą mowy pozornie zależnej, dostosowując stylistykę do każdego z nich. Zaś najważniejszą nowością w warstwie językowej jest to, że w porównaniu do poprzednich utworów stała się ona bardziej neutralna, dzięki czemu nawet ci czytelnicy, którzy do tej pory nie przepadali za stylem Marty Kisiel, mogliby sięgnąć po tę pozycję. Biorąc to wszystko pod uwagę, w stosunku do poprzednich utworów widać zatem spory progres literacki.

Jedynym dysonansem może być połączenie prawie nieustannie zabawnego stylu z dość poważnym głównym wątkiem, jednak czym byłaby Ałtorka bez swojego kwiecistego języka i z czego byśmy się śmiali? Przecież taka właśnie jest popkultura: łączy pozornie sprzeczne elementy, by zapewnić nam rozrywkę. A tak się składa, że Marta Kisiel dostarcza nam obfitość tejże w swojej najlepszej powieści Toń, którą polecam zaserwować sobie na balkonie w najbliższy weekend.

* Nie, to nie jest błąd, sama Marta Kisiel tak o sobie mówi, podobnie jak jej fani.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Uroboros.

Autor: Marta Kisiel
Tytuł: Toń
Wydawnictwo: Uroboros
Rok wydania: 2018