środa, 11 lipca 2018

O nominowanych do Zajdla za 2017 rok słów kilka

Już w najbliższą sobotę wieczorem dowiemy się, kto zdobędzie przyznawaną od ponad 30 lat nagrodę Fandomu Polskiego imienia Janusza A. Zajdla, zatem warto przyjrzeć się nominowanym utworom i pospekulować, kto otrzyma statuetki.

OPOWIADANIA – diabły, ludzie i ich wynalazki

Okultyzm i magia to motywy przewodnie opowiadania Diabolus ex Machina Dawida Cieśli. Mecenas Jabłoński ma za zadanie wyjaśnienie zagadki zaginięcia duszy Williama Blakeleya, którą to przed śmiercią zapisał diabłu. A ten, rezydujący w biurze gdzieś w alternatywnej Wielkiej Brytanii, mocno się niecierpliwi, by ją dostać. Co mają z tym wspólnego wróżąca wszystkim wiedźma i niezwykła Maszyna Analityczna? Pomysł i realizacja zdecydowanie zacne, przypadła mi do gustu wyobraźnia autora.

W Ecce homo Leszek Bigos porusza popularny w literaturze motyw skazania Chrystusa na ukrzyżowanie przez Piłata, a gwoli ścisłości tym razem jego ułaskawienia. Pisarz ma tu zaiste intrygujący pomysł na konsekwencje tego wydarzenia i zarazem mocna pointę, moim zdaniem zasługujące na tegoroczną nagrodę

 
Kolejne opowiadanie to Szaławiła Marty Kisiel, o której pisałam tu. To kontynuacja historii eklektycznego, lecz magicznego budynku zwanego Lichotką oraz jej nowej właścicielki i mieszkańców. W stosunku do Dożywocia główna postać jest dużo ciekawiej scharakteryzowana, co dobrze wróży kolejnej powieści z tej serii. I jak zwykle u tej autorki występuje cięty, dowcipny język, który przez jednych jest uwielbiany, innych zaś nie zachwyca.


Eudajmonia Magdaleny Kucenty przykuła moją uwagę od pierwszego zdania: Dziś szczęście było żółte. Głównym celem mieszkańców Noviportu jest bowiem osiągnięcie co najmniej 60% szczęścia, a pomagają im w tym rozliczne programy, światy wirtualne, cyberny, awatary i głosowania, np. jak dziś ozdobić główny plac. Protagonistka ma z tym jednak pewne kłopoty, nie tylko ze względu na traumatyczne przeżycia z dzieciństwa, ale i z powodu innego podejścia do definicji szczęścia niż wszyscy. Mimo pewnego chaosu (jak przypuszczam w dużej mierze celowego) w tworzeniu dość złożonego świata przedstawionego, jest to utwór, który daje najwięcej do myślenia i jestem przekonana, że zawalczy o statuetkę za 2017 rok.

W Chwale Przemysław Zańko prezentuje nową interpretację mitów greckich – w których kasandra to nie wieszczka, ale konstruktorka wojennych machin, a achilles to typ żołnierza we wspomaganym pancerzu. Zamysł jest zrealizowany naprawdę zgrabnie, jednak w stosunku do innych opowiadań jest bardziej rozrywkowe niż refleksyjne.

W kategorii opowiadania stawiam na wygraną Eudajmonii Magdaleny Kucenty lub Ecce homo Leszka Bigosa. Oba wyróżniają się znakomitym pomysłem na fabułę i przesłanie. Pierwsze a nich ma do tego wciągający świat przedstawiony i interesującą główną bohaterkę. Zaś wszystkie opisane przez mnie utwory są dostępne za darmo w e-booku tu: https://zajdel.art.pl/aktualnosci.html, jeszcze zdążycie przeczytać przed głosowaniem.

POWIEŚCI

W tym roku nominacjami za najlepszą powieść roku 2017 podzieliły się dwa wydawnictwa: Powergraph z Niepełnią Anny Kańtoch (recenzja tu) i Różańcem Rafała Kosika (recenzja tu) oraz Genius Creations z Czarownicą znad Kałuży Artura Olchowego (recenzja tu), Zaszyj oczy wilkom Marty Krajewskiej oraz Wojnami Przestrzeni Pawła Majki.

Pełne recenzje pierwszych trzech utworów możecie znaleźć rzecz jasna u mnie na stronie (patrz linki w nawiasach przy utworach), ale krótko podsumuję tu moje wrażenia na ich temat. Niepełnia zachwyciła mnie pomysłem, konstrukcją szkatułkową i szerokim polem do interpretacji, Różaniec znakomitym, dystopicznym konceptem świata przedstawionego na miarę mocnego odcinka Black Mirror, zaś Czarownica znad Kałuży rewelacyjną główną bohaterką, opowieściami – nowymi legendami na początku każdego rozdziału oraz faktem, że jest w niej sporo powodów do refleksji. Bez dwóch zdań wszystkie zasługują na nominację, choć pierwsza z nich nie jest w zasadzie utworem fantastycznym, druga nie skupia się tyle na bohaterach, co porządku świata, w trzeciej zaś fabuła może być uznana przez niektórych za niezbyt wciągającą.

Biję się w piersi w kwestii Zaszyj oczy wilkom Marty Krajewskiej oraz Wojen Przestrzeni Pawła Majki – niestety, nie zdążyłam ich przeczytać. Poza tym, jak wiecie nie bardzo mi po drodze z utworami tej pierwszej pisarki, Idź i czekaj mrozów (recenzja tu) rozczarowało mnie bowiem brakiem sensownej fabuły, a nic nie irytuje mnie tak, jak zmarnowany potencjał. Ale w przyszłym roku obiecuję solenną poprawę i wzięcie udziału w akcji ZewZajdla, Was też serdecznie zachęcam.

Zatem uczciwie będzie, jeśli w przypadku powieści powstrzymam się od spekulacji na temat wygranej. Ale dam Wam znać w sobotę, kto wygrał! A Wy przeczytaliście wszystkie utwory i będziecie głosować? Kto waszym zdaniem wygra?

sobota, 7 lipca 2018

Czemu każda Kałuża powinna mieć swoją czarownicę

Czarownica znad Kałuży, czyli debiut powieściowy Artura Olchowego, to całkiem inteligentnie napisane postapo, nominowane do nagrody im. J. A. Zajdla za rok 2017. I właśnie ten fakt zachęcił mnie do sięgnięcia po tę lekturę, choć postapokalipsa nie jest moją ulubioną odmianą fantastyki, bo uważam, że trudno powiedzieć w niej coś nowego. Czy zatem udało się to zrobić Arturowi Olchowemu? W pewniej mierze na pewno tak, a poniżej możecie przekonać się, jak tego dokonał.

Tytułowa czarownica to była doktorantka paleobiologii Alicja Krzemińska, która przeżyła wojnę nuklearną, a obecnie w wieku około 80 lat nazywana jest Koślawą i pełni funkcję Wiedzącej we wsi Okartowo, gdzieś na Mazurach. Od dawna zajmuje się leczeniem okolicznych mieszkańców i obok sołtysa oraz księdza jest jedną z trzech najbardziej wpływowych osób w lokalnej społeczności. Podział na wójta, plebana i panią funkcjonuje bez zarzutu do czasu, gdy z misją rechrystianizacji prosto z Rzymu przylatuje na motolotni nowy wikary i burzy od lat ustalony porządek, bezpardonowo atakując uzdrowicielkę. Nie wie jednak, z kim przyszło mu się zmierzyć, bo wiedźma nie da sobie w kaszę dmuchać i wybiera się do najbliższego miasta – Jańsborga, by tam ułożyć plan i zyskać sojuszników.


Najmocniejszym elementem utworu jest kreacja głównej bohaterki – rzadko zdarza się bowiem, by wybór pisarza padł na tak zaawansowaną wiekowo osobę. Przy czym jest to decyzja w pełni słuszna – Koślawa jest jedną z niewielu osób, które pamiętają jeszcze świat sprzed wojny, dzięki czemu ma bardzo szerokie horyzonty myślowe i rozumie znacznie więcej, niż ktokolwiek inny w świecie przedstawionym. Wychowałam się w dużo większym świecie, znacznie bardziej podłym i złym. (…) To my doprowadziliśmy do wojny. W końcu to my doprowadziliśmy ludzkość do miejsca, w jakim obecnie się znajduje. (s.463) Prowadząc narrację często odnosi się do znanych nam elementów kultury i technologii – wspomina o Harrym Potterze, 451 stopniach Fahrenheita, antybiotykach czy telefonach komórkowych. Z tego powodu bardzo łatwo się z nią utożsamić, a ponieważ jest przy tym bardzo inteligentna i sprytna, ale nieco cyniczna, z miejsca można ją polubić. Ja z przyjemnością przeszłam razem z nią przez całą powieść.

W wyniku wojny świat cofnął się z naszego poziomu cywilizacji do XIX wieku, a ponieważ miasta były najczęściej atakowane przez niebezpieczne drony, większość ludności uciekła na tereny wiejskie i tam stworzyła nowe osady. Może to jest część bożego planu? (…) Umieścić nas w społeczności tak niedużej, że będziemy w stanie wszystkich poznać i wszystkim pomóc. (s.258) – mówi proboszcz z Okartowa w rozmowie z Koślawą. Gdzieniegdzie można znaleźć relikty sprzed końca świata – radia, samochody czy inne niedziałające już sprzęty. Świat przedstawiony jest zatem dość typowy dla postapo, ludzie radzą sobie, jak mogą, by przetrwać, w odróżnieniu jednak od innych tego typu historii tu autor zamiast prowadzenia szalonej akcji próbuje skłonić czytelnika do refleksji: Jeżeli ludzie nie mają wspólnej historii, to nie powstanie społeczność, której by zależało na mieście, w którym żyją. (…) No i to wmawianie sobie, że to nie jest mój dom, że to cudze. A przecież o cudze się nie dba. (s.356)


Kolejnym interesującym zabiegiem literackim jest konstrukcja rozdziałów – otóż na początku każdego z nich znajduje się opowieść, którą można określić jako legendę. Pierwsza z nich dotyczy Koślawej, która oszukała diabła, kolejne m. in. mściwych topichów, ukrytych skarbów, czy podrzucających pieniądze podziomków. Te opowieści pełnią tu istotną rolę – pokazują bowiem, jak po zniszczeniu większości książek i zatraceniu umiejętności czytania i pisania społeczność próbuje na nowo stworzyć tradycję przekazywania kolejnym pokoleniom historii, które mówią o budowaniu nowego świata i przekazują ważne dla nich nauki. Jak łatwo się domyślić, są też tematycznie związane z danym rozdziałem i pozwalają inaczej spojrzeć na jego tematykę. Moja ulubiona opowieść dotyczy zemsty podziomków, które zamieniły plony w kamienie, podczas gdy naprawdę był to wynik zasiania felernych ziaren GMO. Do tego styl autora jest zgrabny i przyjemny w odbiorze, przy czym czasem lekko podlany ironią lub cynizmem.

Ku mojemu zaskoczeniu Czarownica znad Kałuży okazała się w gruncie rzeczy utworem bardziej refleksyjnym niż rozrywkowym, głównie dzięki wyjątkowej narratorce, znającej oba światy – ten obecny i sprzed zagłady. I choć jak mówi protagonistka: moja chałupa to nie Hogwart, a Koślawa to nie Dumbledore (s.28), to warto zapoznać się z tą nietypową, kutą na cztery nogi bohaterką i wraz z nią zastanowić się nad tym, ile tak naprawdę jest warta nasza cywilizacja.

Autor: Artur Olchowy
Tytuł: Czarownica znad Kałuży
Wydawnictwo: Genius Creations
Rok wydania: 2017

wtorek, 3 lipca 2018

Czy androidy potrafią płakać?

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA
Łzy Mai dostępne od 4 lipca 2018

Łzy Mai Martyny Raduchowskiej to cyberpunkowa opowieść o poruczniku policji Jaredzie Quinnie i jego próbach odnalezienia oraz zrozumienia tytułowej byłej partnerki replikantki, która prawdopodobnie przyczyniła się do tragedii zwanej B-Day i ukrywa się po drugiej stronie Muru dzielącego miasto New Horizon.

Powieść zaczyna się 17 maja 2034 roku od masakry w budynku Beyond Industries – ktoś przełamał zabezpieczenia i zhakował scyborgizowane klony Easy Puppets, które rozstrzelały wszystkich przebywających w okolicy. Jared Quinn cudem uchodzi z życiem, tracąc cały swój oddział, a z feralnego wieżowca wynosi go w ostatniej chwili replikantka Maya. Na ulicach wybuchają zamieszki wywołane przez organizację Equilibrium, głoszącej hasła przywrócenia równości społecznej, czyli zabranie bogatym i rozdanie biednym, a konkretnie poprzez przejęcie kontroli nad reinforsyną, czyli neurotransmiterem, który może znacznie podnieść sprawność umysłową. Szkopuł tkwi w tym, że nie jest on bezpieczny ani dla ludzi, ani dla androidów, tracą bowiem po nim równowagę psychiczną, zostaje więc finalnie zakazany. 

 
Porucznik odnosi tak poważne rany, że budzi się ze śpiączki regeneracyjnej dopiero dwa lata później i nie zastaje świata takiego, jaki chciałby widzieć: żona odchodzi do innego, a w New Horizon trwa w najlepsze rewolucja cybernetyczna i wielu ludzi instaluje sobie ulepszenia. Na domiar złego mimo jego wyraźnego sprzeciwu małżonka wyraziła zgodę, by zrobić mu domózgowe wszczepy... Jared chodzi na wizyty do psychologa, by wrócić do pracy, stawia jednak warunek, że nie życzy sobie żadnych androidów ani nawet nafaszerowanych technologią ludzi w swojej jednostce. Początkowo odmawia nawet używania własnych ulepszeń, jednak szybko okazuje się, że mogą być czasem całkiem przydatne...

Akcja znacznie przyspiesza w drugiej połowie utworu, gdy Quinn zostaje wezwany na miejsce bardzo nietypowego morderstwa – ktoś wyłączył cały System oraz zasilanie w okolicy, a zabrane tam zbierające ślady z miejsca zbrodni Szperacze i Skarabeusze  natychmiast się dezaktywują. Sprawę trzeba więc będzie poprowadzić w starym stylu, bo wszystkie maszyny i sprzęty w laboratorium wariują przy próbkach, a gdy Jared patrząc na ofiarę uświadamia sobie, że już ją widział w nawiedzających go przez kilkanaście nocy koszmarach, przestaje ufać nawet sobie... 


Jednym z najważniejszych wątków w tej książce jest emocjonalna relacja pomiędzy Mayą i Jaredem, którą obserwujemy głównie z punktu widzenia tego drugiego bohatera. Jest ona punktem wyjścia do rozważań nad ludzką tolerancją i jej granicami – czy androidy mogą kiedykolwiek zostać uznane za równe ludziom istoty i czy mają prawo czuć? Czy nafaszerowany cybernetyką przedstawiciel ludzkości to nadal człowiek z wolną wolą? Autorka maluje też obraz bardzo wyraźnego podziału społeczeństwa na biednych i bogatych, ale także na mieszkańców New Horizon i Dark Horizon, czyli tych za Murem. Poświęca sporo miejsca na szczegółowe opisanie, jak funkcjonuje na co dzień tak zaawansowany technologicznie świat. Nie brak tu ciekawych informacji o technikach prowadzenia śledztwa, psychice seryjnych morderców czy działania różnych substancji na ludzki mózg. Niestety, czasami odbywa się to kosztem posuwania wydarzeń naprzód, szczególnie w pierwszej połowie utworu. Do tego występują przypisy, które wyjaśniają czasem ogólnie znane pojęcia, takie jak np. spyware.

Co do bohaterów – porucznik ma początkowo bardzo ograniczony punkt widzenia, widać tu jednak pole do rozwoju. Z tego też względu nie jest dającą lubić się od razu postacią, ja stałam raczej po stronie Mai, choć czekałam całą książkę, by poznać jej punkt widzenia. W kwestii świata przedstawionego – Martyna Raduchowska z pewnością dobrze zna konwencję cyberpunka i umiejętnie ją wykorzystuje, starannie budując lekko przerażające miasto przyszłości, które z jednej strony jest bezpieczne, ale z drugiej nie pozwala zachować choć odrobiny anonimowości. Zaś fabuła, związana z tajemniczymi morderstwami, która rozkręca się na dobre w drugiej części powieści, ma na tyle ciekawą konkluzję, że z chęcią sięgnę po kolejny tom, który właśnie powstaje. I już wiem, czemu studio CD Projekt Red zatrudniło pisarkę do pracy nad scenariuszami do ich nowej gry – Cyberpunka 2077.

Zatem jeśli macie ochotę na zaawansowanego cyberpunka, pełnego niezwykłych sprzętów i substancji stymulujących, a także sporą dawkę rozważań na temat istoty człowieczeństwa i zagrożeń wiążących się z rozwojem technologii, Łzy Mai to idealna lektura dla Was.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Uroboros.

Autor: Martyna Raduchowska
Tytuł: Łzy Mai, wydanie II
Wydawnictwo: Uroboros
Rok wydania: 2018

sobota, 30 czerwca 2018

Cholitas, obcy i niezwykłe maszyny

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA
Skafander i melonik dostępny od 14 lipca 2018 (na Polconie)

Logrus, czyli Sekcja Literacka Śląskiego Klubu Fantastyki to fenomen na skalę ogólnopolską, skupia bowiem autorów znanych i nagradzanych Zajdlem (jak Annę Kańtoch i Michała Cholewę), a także tych, którzy już opublikowali pierwszą powieść (Anna Hrycyszyn, Krystyna Chodorowska) czy dopiero zaczynają przygodę z pisaniem. I działa na tyle sprawnie, że już lipcu tego roku będziemy mogli po raz kolejny zapoznać się z efektami jej pracy w formie zbioru opowiadań, tym razem zatytułowanego Skafander i melonik. I warto tu podkreślić, że ŚKF tworzy szlachetną tradycję, która stoi w opozycji do krytykowanych powszechnie wydawnictw vanity – udowadnia bowiem, że można własnym sumptem opublikować wysokiej jakości, porządnie napisaną i zredagowaną literaturę.
 

Tematem przewodnim są oczywiście tytułowe skafander i melonik, możecie więc spodziewać się ich w każdym opowiadaniu, do tego w każdej możliwej formie, raz będące w centrum, innym razem zaś jedynie rekwizytem.

CHOLITAS!

W następstwie pomysłu na tytuł jednym z najpopularniejszych motywów zostały cholitas, czyli pochodzące z Boliwii kobiety, ubierające się w meloniki i wielowarstwowe, kolorowe spódnice. A ponieważ w swojej ojczyźnie biorą udział w walkach, fakt ten wykorzystała Aleksandra Sokólska w opowiadaniu La Estrella tworząc historię o zawodniczce space wrestlingu. Ta historia spodobała mi się najmniej, ze względu na tematykę, za którą nie przepadam, a także formę oraz niejasną dla mnie konkluzję. 
 
  Źródło zdjęcia: https://zoomeboshi.com/2016/11/02/, dostęp 29.06.2018
 
Z drugiej strony kolejna cholita, czyli Nunzia w Matki płaczą solą Alicji Tempłowicz rozkłada konkurencję na łopatki i bezsprzecznie zdobywa u mnie pierwsze miejsce, jeśli chodzi o utwory zebrane w tym tomie. Ze względu na fakt, że złoża litu Lithium Investments w Boliwii zostały zaatakowane i są napromieniowane magicznie, doświadczony Guntram i jego młodszy partner Maurice mają za zadanie dowiedzieć się, co spowodowało katastrofę i jak bezpiecznie uruchomić wydobycie. Akcja stopniowo przyspiesza, przy czym autorka zgrabnie wplata w fabułę miejscowe mity o bogach i magii, wykorzystując też lokalny język jako ważny element rozwiązania zagadki. Ta historia wciąga jak wir, przejmując do szpiku kości. Przeczytajcie ją koniecznie!

OBCY WŚRÓD NAS

Do tej kategorii pasują aż cztery opowiadania, a każde z nich podchodzi do tematu obcego w zupełnie odmienny sposób.

Po pierwsze, Zwierciadło w dziurce od klucza Marty Magdaleny Lasik, w którym przybyły z meteorem tunguskim obcy, niezbyt lubiący urządzenia elektryczne, próbuje odnaleźć swoje miejsce na Ziemi, nie dzieląc się przy tym zbytnio swoją wiedzą o reszcie zaawansowanego kosmosu, co finalnie stawia go przed ogromnym dylematem... To jedna z oryginalniejszych i ciekawszych historii, z jakimi miałam ostatnio do czynienia – już sama wizja uniwersum jest znakomita, a do tego końcówki, jakich używają w stosunku do siebie obcy (bo mają więcej niż my płci) bardzo przypadły mi do gustu. Zdecydowanie polecam zapoznać się z tą opowieścią.

Po drugie, Ślady w popiele Karoliny Fedyk, w których po śmierci znanego uczonego do opieki nad jego synem i spadkiem zgłaszają pretensje dwie osoby: kobieta przedstawiająca się jako jego siostra oraz agent imperium, z którego niegdyś uciekł. Syn jednak przepadł bez wieści, a wyspa kryje wiele tajemnic... W tej niespiesznie toczącej się historii, zawierającej elementy pamiętnika, centralnym punktem jest strach przed obcym i jego konsekwencje.


Po trzecie, Jeden spalony rzut Krystyny Chodorowskiej, który gwoli ścisłości nie jest wcale utworem fantastycznym. Trzeba jednak przyznać, że pisarka wykonała spory research na temat technik gaszenia pożarów lasów, zaś na uwagę zasługuje tu szczególnie koncept widzenia syntetycznego, który sprawia, że to opowiadanie z najmocniejszym przesłaniem.

Po czwarte, Flaun Marty Potockiej, który reprezentuje stary, dobry horror – wyprawa naukowa przybywa na inną planetę, by badać tamtejsze warunki i natyka się na jedyną w swoim rodzaju tytułową flaunę (czyli połączenie flory i fauny). I o ile ten pomysł jest rzeczywiście nowy i intrygujący, to bez trudu domyśliłam się, co się stanie z członkami ekipy.

ACH, TE PIĘKNE MASZYNY

Detektyw Fiks i sprawa mechanicznego skafandra, Anny Hrycyszyn, steampunkowa historia otwierająca tom, a zarazem też najdłuższa ze wszystkich, jest też najsympatyczniejsza w odbiorze. Detektyw i jego asystentka Jaśmina Gorol dostają do rozwiązania sprawę skafandra skradzionego miejscowemu hrabiemu, który jest także znanym wynalazcą i przedsiębiorcą. Jest tu wszystko, czego możemy spodziewać się po dobrej opowieści przygodowej: dający się lubić bohaterowie, nieoczekiwane zwroty akcji, steampunkowe machiny i zaskakujący finał. Delicje!

Ilustracja do opowiadania Anny Łagan, 
dostęp: 29.06.2018

Ekonomia to dolina niesamowitości Anny Łagan zaskoczyło mnie najbardziej ze wszystkich tu zebranych pod każdym niemal względem: nie wyobrażałam sobie bowiem do tej pory, że można tak zrealizować wątek hodowania lam! Manu to mechaczłowiek, który po odejściu swojej również nieludzkiej mentorki opiekuje się zwierzętami i uświadamia sobie, że jeśli nie podejmie zdecydowanych działań, straci swoja firemkę na rzecz korporacji. Jeżeli myślicie, że największym zagrożeniem dla ludzkości jest SI przejmująca wprost władzę nad światem, to przeczytajcie ten utwór i dopiero zobaczycie, czego się należy bać... Choć ten cyberpunk pisany jest nieco z przymrużeniem oka, zawiera sporo tematów do przemyśleń.

Zaś Pościg Michała Cholewy to opowiadanie dla tych, którzy lubią okręty i pościgi, a szczególnie za statkiem pirackim na prądach materium. Jak zwykle dobrze napisane, jednakże z nieco zbyt pesymistyczną jak na mój gust końcówką.

PODSUMOWANIE

Jak widzicie z powyższych rozważań, Skafander i melonik zawiera bardzo dobrze przemyślane i napisane utwory, opierające się na odmiennych konceptach, dzięki czemu każdy czytelnik może znaleźć tu coś dla siebie: charakterne cholitas, myślące i zaawansowane technicznie maszyny czy też obcych o różnorodnych obliczach, w formie od bardziej rozrywkowej do refleksyjnej. Tak więc z czystym sumieniem mogę Wam polecić ten zróżnicowany i przyjemny w odbiorze tomik, dostępny od 14 lipca w wersji drukowanej, warto też wiedzieć, że e-book udostępniany będzie za darmo.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Śląskiemu Klubowi Fantastyki.

Autor: praca zbiorowa (Krystyna Chodorowska, Michał Cholewa, Karolina Fedyk, Anna Hrycyszyn, Marta Magdalena Lasik, Anna Łagan, Marta Potocka, Aleksandra Sokólska, Alicja Tempłowicz)
Tytuł: Skafander i melonik
Wydawnictwo: Śląski Klub Fantastyki
Rok wydania: 2018