Ponieważ twórczość George'a R.R.
Martina od lat budzi skrajne emocje – od zachwytu do oburzenia,
podobnie stanie się w przypadku Ognia i krwi. Części
pierwszej. Jedni uznają go za genialne uzupełnienie
historii Westeros 300 lat wstecz w stosunku do Pieśni lodu i ognia,
inni zaś skrytykują go za formę – nie jest bowiem pełnoprawną
powieścią, ale jedynie kroniką spisaną przez arcymaestera
Gyldayna. Przyjrzyjmy się zatem, jak wypada ta publikacja.
Pierwsze wrażenie jest bardzo dobre –
twarda, błyszcząca okładka oraz liczne, przepiękne czarno-białe
ilustracje Douga Wheatleya sprawiają, że każdy fan Westeros z
pewnością będzie chciał mieć tę książkę na półce. Poza tym
historia rodu Targaryenów, jedynego w tym świecie, który potrafi
władać nad smokami i przez trzysta lat niepodzielnie rządził
Siedmioma Królestwami, również wydaje się idealnym materiałem na
wciągającą opowieść. I tak kronikarz zaczyna od opisu podboju
dokonanego przez Aegona, który wziął sobie za żony swoje obie
siostry – surową wojowniczkę Visenyę oraz ciekawską i
impulsywną Rhaenys, a także latał na słynnym Balerionie Czarnym
Strachu. Następnie poznajemy losy kolejnych czterech pokoleń i
tyluż władców zasiadających po Aegonie I na złowieszczym
Żelaznym Tronie, czyli od roku 1 do 129 licząc od zawojowania
kontynentu przez Targaryenów.
