Sygnał przechodzi z pewnym opóźnieniem, ale mogę podejrzeć postępy rywali, nim systemy maskujące planety całkowicie odetną mnie od świata. Organizatorzy z Ministerstwa Sportu i Rozrywki zapewniają, że są nie do złamania: żaden przypadkowy turysta czy też nachalny fan nie wyląduje w przestrzeni, która dla radarów zdaje się pasem meteorów.
Środki ostrożności powzięto również ze względu na to, że Pifiny jest planetą wyjątkowo nieprzewidywalną, niezbadaną i – szczerze mówiąc – niebezpieczną, w związku z czym publiczność obserwuje igrzyska wyłącznie poprzez media społecznościowe. Ale ponieważ te dają wrażenia lepsze od widowiska na żywo, nikt się nie skarży. Można wybrać dowolny tryb oglądania: jako widz w amfiteatrze; uczestnik patrzący na świat oczami gladiatora, słyszący jego chrapliwy oddech, wyczuwający rytm kroków; czy też najbardziej popularny tryb: z punktu widzenia bestii. Jeśli ma się lepszy status konta, można do tego dodać autentyczne reakcje organizmu poddanego działaniu stresu, zmęczenia odmiennej grawitacji, czy niecodziennej temperatury. I nie dotyczy to tylko igrzysk: z tego co wiem, istnieją gry wojenne, które prowadzą uczestników przez takie doznania jak głód, wycieńczenie, indukowany chemicznie strach czy zastrzyk noradrenaliny. A wraz z nimi otwierają się filie psychoterapeutyczne, specjalizujące się w traumach „prawie” wojennych. Zresztą: prawdziwe czy hologramiczne – różnica zatarła się do tego stopnia, że mało kogo w ogóle jeszcze obchodzi. Idąc ulicą, widzi się realne drzewa i te, które miasto nasadziło jedynie wirtualnie. Hologramy umieszczane są w celu lepszego sterowania ruchem ulicznym, zwizualizowania ważnych dla obywateli informacji czy zwyczajnie dla rozrywki: bo dzieciaki czują się lepiej, gdy do przedszkola odprowadza je dinozaur z ulubionej kreskówki.