Moi
drodzy, z przyjemnością przedstawiam Wam moje odkrycie roku w
kategorii epic fantasy,
czyli Plagę olbrzymów Kevina Hearne'a.
Sięgając po tę powieść nie spodziewałam się bowiem, że pochłonie mnie bez reszty, a jej bohaterowie, system magii i styl
całkowicie oczarują. A zatem dlaczego jest to tak udany utwór?
Historia rozpoczyna się w mieście
Pelemyn, które jako jedno z wielu ucierpiało w niespodziewanej
inwazji zza morza, dokonanej przez dziwne tytułowe olbrzymy, ubrane
głównie w kości. Bard Fintan ma za zadanie podtrzymać na duchu
przybyłych tu z całej krainy uchodźców, a pomaga mu w tym jego
kenning, czyli magiczne umiejętności związane z żywiołem ziemi –
doskonała pamięć, wzmocnienie głosu, a także zmieniające wygląd
iluzje. Dzięki tym ostatnim przemienia się w osoby, które
rzeczywiście uczestniczyły w omawianych przez niego wydarzeniach,
wzbudzając zachwyt słuchaczy. Z kolei były profesor uniwersytecki
Dervan dostaje od swego władcy rozkaz spisania historii barda, by
przetrwały one dla potomnych. I tak poznajemy głównego narratora
powieści – starszego wdowca, który przyjął pod swój dach
uchodźców, a przy okazji dostał też rozkaz szpiegowania Fintana,
przysłanego przecież z innego kraju. Dzięki tym dwóm bohaterom
krok po kroku, postać po postaci poznajemy ekscytujące historie z
całego kontynentu zwanego Teldwen, które miały miejsce tuż przed
lub już w trakcie wspomnianego wyżej najazdu. A rzecz jasna sześć
nacji ma swoje problemy, o zasięgu bardziej lub mniej lokalnym –
między innymi po wybuchu wulkanu spora grupa olbrzymich władających
ogniem Hathrimów osiedla się bez pozwolenia na ziemiach Ghurana
Nent, co jest nie w smak również sąsiadującym teraz z nimi
szanującym przyrodę Fornom.
