Niewiele
jest powieści fantasy ze szczyptą science fiction, które zaczynają
się od końca świata – a tak dzieje się w przypadku nagrodzonej
w 2016 roku Hugo Piątej pory roku Nory K. Jemisin. To
pozycja ze wszech miar niezwykła, w której nic nie jest do końca
jasne, i która trzyma w nieustannym napięciu od pierwszej do
ostatniej strony.
Uniwersum,
które przedstawia nam autorka jest wyjątkowo nieprzyjazne dla
swoich mieszkańców – to jeden duży kontynent, pod którym płyty
tektoniczne podlegają nieustannym ruchom, w każdej chwili może
dojść do silnego trzęsienia ziemi, niespodziewanego powstania
czynnego wulkanu, na morzu zaś do zabójczego tsunami. Z kolei
którekolwiek z tych zjawisk ma szansę wywołać Sezon, czyli
tytułową piątą porę roku, trwającą od kilku miesięcy do nawet
kilkudziesięciu lat. W jej trakcie pyły wulkaniczne mogą
całkowicie przesłaniać słońce, może padać kwaśny deszcz, a
woda nie nadawać się do picia. Nawet, jeżeli jest się członkiem
dobrze zorganizowanej wspólnoty, przetrwanie w takich warunkach nie
jest pewne. Z tego względu część ludzkości ewoluowała i m.in. ma
dodatkowy zmysł, zwany sejsodami.
