Słyszałam
tyle dobrego o Hyperionie Dana Simmonsa, że gdy
wreszcie znalazłam czas, by po niego sięgnąć, poczułam się
mocno rozczarowana tym, co zaserwował autor. Przede
wszystkim jest to utwór, który jest wyjątkowo nieprzyjazny wobec
czytelnika, a w jakich dokładnie aspektach, wyjaśniam punkt po punkcie w
akapitach poniżej. Między innymi z tego powodu w
trakcie lektury tej napisanej w 1989 roku powieści szkatułkowej z licznymi elementami science fiction denerwowało mnie prawie wszystko.
Pomysł
na fabułę wydaje się całkiem ciekawy – siedem osób z różnych
stron Hegemonii Człowieka ma z własnej woli udać się na
pielgrzymkę na planetę Hyperion, do Grobowców Czasu, gdzie groźny
stwór Dzierzba ma wysłuchać ich próśb. Szkopuł w tym, że
większość pielgrzymów ponosi tam śmierć, wyprawa wiąże się
więc z ogromnym ryzykiem. Towarzysze postanawiają podzielić się
swoimi historiami, by dowiedzieć się, co dokładnie łączy każdego
z nich z niezwykłą, częściowo wyjętą spod praw fizyki oraz
czasu i jedyną nieobjętą siecią Sztucznych Inteligencji planetą.
A są wśród nich: katolicki ksiądz, emerytowany pułkownik, poeta,
naukowiec, pani detektyw, templariusz oraz konsul. Poszczególne
rozdziały poświęcone są ich opowieściom, a konstrukcja książki
jest oparta bezpośrednio na pochodzących z XIV wieku Opowieściach
kanterberyjskich, jednym
z najważniejszych zabytków języka średnioangielskiego. A w ramach
podkręcenia napięcia w czasie pielgrzymki na planetę
przylatują Wygnańcy – społeczność będąca wrogami całej
Hegemonii, która pragnie jej zasobów, a jeszcze bardziej jej
zniszczenia.
