sobota, 13 kwietnia 2019

Hype na "Hyperiona"

Słyszałam tyle dobrego o Hyperionie Dana Simmonsa, że gdy wreszcie znalazłam czas, by po niego sięgnąć, poczułam się mocno rozczarowana tym, co zaserwował autor. Przede wszystkim jest to utwór, który jest wyjątkowo nieprzyjazny wobec czytelnika, a w jakich dokładnie aspektach, wyjaśniam punkt po punkcie w akapitach poniżej. Między innymi z tego powodu w trakcie lektury tej napisanej w 1989 roku powieści szkatułkowej z licznymi elementami science-fiction denerwowało mnie prawie wszystko.

Pomysł na fabułę wydaje się całkiem ciekawy – siedem osób z różnych stron Hegemonii Człowieka ma z własnej woli udać się na pielgrzymkę na planetę Hyperion, do Grobowców Czasu, gdzie groźny stwór Dzierzba ma wysłuchać ich próśb. Szkopuł w tym, że większość pielgrzymów ponosi tam śmierć, wyprawa wiąże się więc z ogromnym ryzykiem. Towarzysze postanawiają podzielić się swoimi historiami, by dowiedzieć się, co dokładnie łączy każdego z nich z niezwykłą, częściowo wyjętą spod praw fizyki oraz czasu i jedyną nieobjętą siecią Sztucznych Inteligencji planetą. A są wśród nich: katolicki ksiądz, emerytowany pułkownik, poeta, naukowiec, pani detektyw, templariusz oraz konsul. Poszczególne rozdziały poświęcone są ich opowieściom, a konstrukcja książki jest oparta bezpośrednio na pochodzących z XIV wieku Opowieściach kanterberyjskich, jednym z najważniejszych zabytków języka średnioangielskiego. A w ramach podkręcenia napięcia w czasie pielgrzymki na planetę przylatują Wygnańcy – społeczność będąca wrogami całej Hegemonii, która pragnie jej zasobów, a jeszcze bardziej jej zniszczenia. 
 


Pierwszym argumentem popierającym postawioną we wstępie tezę jest bardzo wąska perspektywa wydarzeń – świat poznajemy bowiem oczami wymienionych wyżej pątników, co pozwala odbiorcy dostrzec zaledwie wycinki całego uniwersum i to jedynie poprzez subiektywną ocenę tych postaci. Ponadto ich historie, zaczynając już od pierwszej, są  co najmniej dziwaczne, a przede wszystkim przegadane. (Jak sadzę, sporo czytelników zakończyło lekturę Hyperiona na opowieści księdza.) Rzecz jasna można zachwycać się tym, że każda opowieść jest napisana w nieco innym stylu i jest w gruncie rzeczy innym gatunkiem, np. przypadek księdza jest po części horrorem, uczonego powieścią obyczajową, pani detektyw thrillerem politycznym, poety strumieniem świadomości, utwór zawiera również cytaty z poezji angielskiej, a także oryginalne wiersze. Jednak należy zauważyć, że takie nagromadzenie gatunków wprowadza sporą konsternację, co się właściwie czyta, a zamiast klarownego obrazu sytuacji w głowie normalnego czytelnika powstaje stopniowo coraz większy śmietnik. A kto lubi w nim grzebać? I nawet wiedząc, że jest to powieść z kompozycją ramową, zwaną też szkatułkową, klasyczny odbiorca szuka w tym jakiegoś celu, nowej dla niego zawartości. (A daleko dobrych przykładów szukać nie trzeba – świetnie zrobiła to np. Anna Kańtoch w Niepełni.) Tu niestety autor jest bardzo enigmatyczny, dlatego uważam, że Hyperion to zdecydowany przerost formy nad treścią. Poza tym zadawałam sobie pytanie, po co w ogóle bliżej poznawać bohaterów, skoro niewielu z nich ma szansę na przeżycie. Dziś nazwalibyśmy to paskudnym spoilerem, a tych nikt nie lubi. Przejęłam się nieco losem uczonego i nietypową chorobą jego córki, z drugiej strony nie spodobało mi się to, że jego dylemat Abrahama nie jest tak naprawdę problemem – w rzeczywistości nie ma bowiem żadnego wyboru i musi zabrać córkę na Hyperiona. Niestety, autor nie zdołał zaangażować mnie w losy postaci, choć każda z nich jest bardzo oddana swojej sprawie. 
 
Amerykańska okładka, dostęp 10.04.2019, źródło:

Miedzy innymi przez wspomnianą już wyżej fragmentaryczność w trakcie lektury odczuwa się silnie, że świat przedstawiony jest niepełny, i w wielu aspektach całkowicie nielogiczny, na przykład w zakresie stanu prezentowanego tu społeczeństwa – czemu większość ludzi utknęła w sposobie myślenia i kulturze ze Starej Ziemi, skoro ta już od dawna nie istnieje, a ewoluowali tylko Wygnańcy? Częścią odpowiedzi jest zapewne to, że książka była pisana dla czytelników z XX wieku, więc tylko odniesienia do tej epoki są dla nich zrozumiałe. Kolejna nielogiczność dotyczy Sztucznych Inteligencji – czemu skoro są w stanie przewidzieć prawie sto procent wydarzeń nie przejęły jeszcze kontroli nad wszystkim? (Dopiero drugi tom odkrywa rąbek tajemnicy w tych kwestiach.)

Kolejnym problemem z punktu widzenia normalnego czytelnika tego utworu może być jego intertekstualność. Ręka w górę, ilu z Was interesuje się poezją Keatsa czy Yeatsa, i wie, że ten pierwszy napisał niedokończony poemat o tytule Hyperion? I o ile Szekspir czy Beowulf są powszechnie rozpoznawani, to niestety sporo innych nawiązań jest czytelnych tylko dla osób znających szczegółowo historię literatury angielskiej. I choć autor wprowadza sporo informacji o Keatsie, to przy okazji niejako odbiera nam prawo do własnej interpretacji tej postaci. Rzecz jasna dialog z innymi tekstami brytyjskimi czy też religijnymi może być przez niektórych odbiorców uznany za ciekawy, moim zdaniem nie jest to jednak zaleta dla wszystkich. I choć powieść otrzymała nagrody Hugo i Locusa w 1990 roku (jak sądzę za unikatową formę i wspomnianą w tym akapicie intertekstualność), to jednak popada ze skrajności w skrajność albo traktuje czytelnika po macoszemu, nic mu nie wyjaśniając (np. w przypadku opowieści księdza i wycinków świata) lub też prowadząc prosto do jednej jedynej interpretacji narzuconej z góry przez prozaika (w historii Sola i jego chorej córki).
 
I kolejna amerykańska okładka, dostęp 10.04.2019, źródło:
 
Pisarz informuje nas słowami cybryda, że utwory Keatsa lekceważono, wykpiwano, przedstawiano jako wtórne i głupie. I tak się znakomicie składa, że takie właśnie odczucia mam co do recenzowanej tu powieści Dana Simmonsa, choć to zapewne nie był zamierzony efekt autora. Uważam, że hype na Hyperiona jest zdecydowanie przesadzony, albowiem nie wystarczy użyć fikuśnej konstrukcji i nafaszerować tekst różnymi cytatami, nawiązaniami i gatunkami niczym indyka. Trzeba mieć jeszcze do powiedzenia coś nowego, spróbować zaserwować czytelnikowi jakąś konkluzję na deser i zaoferować mu choćby wąskie pole do własnej interpretacji. Tego zazwyczaj oczekujemy po klasyce fantastyki. A tu podano nam raczej konfuzję w stylu fusion, od której wielu odbiorców po prostu się odbije, nie znalazłszy żadnej konkluzji. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że to dopiero pierwszy tom serii, jednak nie wiem, czy po takim wpół surowym literackim daniu przełknę choćby kęs kolejnego tomu, czyli Upadku Hyperiona. A jakie są Wasze wrażenia na temat Hyperiona?

Autor: Dan Simmons
Tytuł: Hyperion
Tytuł oryginału: Hyperion
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła
Wydawnictwo: Mag
Rok wydania: 2015

23 komentarze:

  1. Niestety nie czytam książek tego typu, ale zaciekawiłaś mnie tą recenzją więc kto wie, może kiedyś wpadnę na nią to przeczytam.
    Pozdrawiam i zapraszam do siebie:
    https://smallbookwoorld.blogspot.com/2019/04/recenzja-ksiazki-foxhole-court-nora.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciałam właśnie osiągnąć odwrotny efekt i odradzić ;)

      Usuń
  2. Ciekawa opinia. Osobiście uważam Hyperiona za arcydzieło SF i skoro pytasz o opinię, z przyjemnością nieco popolemizuje.

    Jako pierwszą wadę wymieniłaś "wycinkowość" przedstawiania świata. Przecież to jest wielka zaleta tej książki, wizjonerska umiejętność wprowadzania elementów tła stopniowo, tak by uniknąć info dumpu, której od Simmonsa uczyło się już całe pokolenie pisarzy. Hyperion zaczyna się od zaściankowej opowieści pewnego kapłana z dala od "sieci". Czym jest ta sieć, albo nadciągający Oustersi, jeszcze nie wiadomo. Ale czytelnik już zaczyna nieinwazyjnie poznawać świat przedstawiony, poziom technologii, relacje międzyludzkie etc. Potem temat jest poszerzany w opowieści żołnierza, poety, naukowca...Kiedy dochodzimy do pani detektyw wiemy już bardzo dużo, uczymy się z jej perspektywy czym są te całe portale, co nieco o polityce światowej, AI...Kiedy czytamy opowieść konsula wiemy już wszystko, jesteśmy w stanie zrozumieć jego dylematy.

    To absolutne mistrzostwo, którego Simmons już nigdy nie powtórzył (drugi dwuksiag jest znacznie mniej ciekawy imho).

    Drugim Twoim zarzutem jest ilość referencji... Ale czy to jest konieczne do zrozumienia fabuły? To tylko taki smaczek, dla tych którzy wiedzą. Mnie poezja mało interesuje, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało.

    Co do konkluzji, których autor nie przekazał... Chciałbym jedynie rzec, że powstawały całe prace magisterskie/doktorskie z literatury rozgryzające motywy pierwszego dwuksięgu. Być może uznajesz to za wymysły równe wynurzeniom Paolo Cohelo. Mnie ta książka urzekła swą głębią.

    Urzekła też zgrabną konstrukcją. Każda z tych opowieści ma nieco inny klimat, inne środki wyrazu. Kiedy doszedłem do początku parodii detektywistycznej powieści noir, parsknąłem śmiechem. Przy opowieści naukowca miałem w pewnym momencie łzy w oczach. Nie zdarzyło się to mi od wieków :).

    No i coś co mnie chwyciło od początku. Język. Nie wiem jak w polskiej wersji ale w angielskiej czarował tzw. ugruntowaniem w rzeczywistości typowym dla literatury pięknej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za ciekawą, merytoryczną wypowiedź.

      Racja, że wycinkowość pomaga uniknąć nachalnej ekspozycji, ale jednak nie pozwala zobaczyć całego świata i go zrozumieć, przez co uniwersum wydaje się nielogiczne. I opowieść pani detektyw jako jedyna wnosi coś sensownego do tematu, ale znów z ograniczonej perspektywy, on ona i cybryd nie są pewni czy to, co odkryli, jest prawdą.

      Jeżeli aby zrozumieć przekaz, trzeba aż pisać pracę doktorską, to tylko potwierdza moją teorię, że Dan Simmons to pisarz wyjątkowo nieprzyjazny czytelnikowi. I szczerze mówiąc w moim przypadku jest to pierwsza książka sf, która nie skłoniła mnie do jakiejś głębszej refleksji, ja tu dostrzegam głównie stos przypadkowo wrzuconych myśli, nie głębię.

      No i zgadzam się w pełni z tym, że opowieść naukowca wzrusza - najbardziej w całej tej historii obchodził mnie właśnie los Sola i Rachel.

      Polska wersja językowa nie zwraca uwagi niczym szczególnym, tu rzeczywiście warto ocenić oryginał.


      Usuń
    2. Dokładnie to chciałam napisać:
      "Jako pierwszą wadę wymieniłaś "wycinkowość" przedstawiania świata. Przecież to jest wielka zaleta tej książki, wizjonerska umiejętność wprowadzania elementów tła stopniowo, "

      I również uważam, że Hyperion to wspaniałe dzieło. :D

      Usuń
    3. Szanuję wszystkie odmienne zdania, ale ja tego wizjonerstwa tu po prostu nie widzę - dostrzegam za to taki sposób napisania książki, żeby czytelnik się tylko nie domyślił, co mu na końcu autor przedstawi. I zupełnie mi taka konstrukcja narracji nie odpowiada.

      Usuń
    4. Ja przeczytałam zdanie "Kolejnym problemem, który dostrzegłam w tym utworze jest jego intertekstualność". - i aż mnie zabolało. Absolutnie nie neguję, że może Ci się to nie podobać, ale dla mnie intertekstualność jest czymś najlepszym, co może mnie spotkać w książce. Rozszerza horyzonty, wskazuje nowe tropy, inspiruje do sięgania w rejony czytelniczego świata, do których jeszcze nie zdarzyło mi się dotrzeć. Słowem - magia.

      Usuń
    5. Tak, dokładnie to miałam na myśli - w tym utworze jest to problem, bo ilu z nas zna poezję i literaturę angielską, do której się głównie autor odnosi? O ile w "Imieniu róży" takie nawiązania mogą być grą intelektualną, tu robią po prostu większy śmietnik w głowie czytającego. Ponadto w ten sposób autor przykrył, że nie ma tu żadnego przesłania, tylko eksperymenty formalne. Moim daniem Simmons m.in.tą intertekstualnością zachęca tylko do odłożenia jego twórczości w kąt.

      Usuń
  3. Hyperion i Upadek Hyperiona są jeszcze spoko, ale te dalsze części z Endymionem to już jest totalny odjazd... Rzadko kiedy coś zawiodło mnie tak bardzo, jak trzeci i czwarty tom tego cyklu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za ostrzeżenie, ja z pewnością po "Upadku Hyperiona" kończę swoją przygodę z tym pisarzem.

      Usuń
    2. Nie kończ tej przygody...Dan Simmons napisał książkę, która znajduje się w mojej ścisłej piątce arcydzieł, tych które zabiorę ze sobą na bezludną wyspę,a jest nią "Drood".

      A jak już się rozkręcisz to polecam również "Trupią otuchę" ;)

      tak dla otuchy...

      pozdrawiam serdecznie

      Usuń
    3. Dziękuję za rekomendację, nie słyszałam jeszcze o żadnej z tych książek. Sprawdzę, o czym są, ale na razie mam pisarza po dziurki w czytelniczym nosie.

      Usuń
    4. Ja po Endymionie też muszę sobie od Simmonsa zrobić przerwę, ale ponoć Terror jest godny uwagi, jak przeczytam, to się przekonam :)

      Usuń
  4. Nie czytałam jeszcze książki, więc nie mogę się wypowiedzieć, ale cieszę się, że trafiłam na głos krytyczny, bo zewsząd też docierają do mnie same pochwały. Dobrze, że nie wszyscy mówią tak samo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jestem czytelnikiem docelowym tak skonstruowanych książek, z których lektury mało co wynika, może poza poirytowaniem. Nie zachwyca mnie i już.

      Usuń
  5. Otóż ta dyskusja w komentarzach bardzo mnie zmobilizowała do tego, żeby w przyszłości sięgnąć po tę książkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :D Każdy musi sprawdzić na własnej skórze, jakie wrażenia czytelnicze wywoła w nim dana lektura. Jak widać tu spektrum jest bardzo szerokie, bo ja z miejsca znielubiłam Dana Simmonsa za jego podejście do odbiorcy i brak jednolitego przesłania, a dla innych może to być zaleta.

      Usuń
  6. Jedna z najlepszych książek SF wszechczasów. Wciągnęła mnie tak że opasłe tomiszcza przeczytałem w 4 dni. Fakt Endymion słabszy aczkolwiek nadal wysoki poziom. W porównaniu z papką literacką jaką nam teraz serwują. A Trupią Otuchę polecam jeszcze bardziej, choć raczej nie jest to książka dla autorki wpisu ponieważ mnogość wydarzeń i odniesień może ją odrzucić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to już druga osoba, która poleca Trupią otuchę - znaczy, musi coś w tej książce być - a jaki to gatunek?

      Usuń
  7. Hyperion to wstęp do Upadku, który jest totalnym mistrzostwem i jak czytałam Upadek, to czułam się, jakbym oglądała film sf z najwyższej półki. Dlatego ten zarzut proponuję zweryfikować przy lekturze drugiego tomu. :)
    Ogółem ta wycinkowość w moim przypadku się nie sprawdziła przy każdym opowiadaniu, Barwne nie polubiłam i Kassada też nie za bardzo, ale reszta tekstów była świetna i jakby każdy był popisem wszechstronności autora.
    Co do Endymiona - słabe. W porównaniu z Hyperionem o połowę loty obniżone, szczgeólnie w przypadku ostatniej części, którą z satysfakcją zjechałam bo inaczej się nie dało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja już jestem po drugim tomie i nie podobał mi się jeszcze bardziej niż pierwszy. To, co zazwyczaj sprawia, że lektura jest ciekawsza - nawiązania do innych utworów i forma tu się dla mnie zupełnie nie sprawdza.

      Usuń
  8. Jedna uwaga. "Hyperion" nie jest zamkniętą całością i powieścią, która nie udziela wyjaśnień. I nie chodzi o to, że ma kontynuację. W zamyśle Simmonsa "Hyperiom" i "Upadek Hyperiona" to jedna powieść. Wszystko zostaje w niej więc wyjaśnione i doopowiedziane.
    Tę jedną powieść na dwie podzielił wydawca i kompozycja na tym ucierpiała. Czy Simmons mógł się uprzeć i protestować przeciw takiej barbarii? Może mógł, ale biorąc pod uwagę opowieść poety z "Hyperiona" nie jest to tak oczywiste.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piszę o tym, że jest tego więcej w nawiasie w czwartym akapicie i również w ostatnim (a seria to w sumie 4 książki z Endymionem i Triumfem Endymiona). Tego by się nie dało czytać w jednym tomie - jak fizycznie utrzymać taką cegłę w ręku? Dwa tomy są chyba jednak wygodniejsze dla czytelnika.

      Usuń