poniedziałek, 29 października 2018

Emeryci na gigancie

 RECENZJA PRZEDPREMIEROWA
Książka dostępna od 30 października 2018

Królowie Wyldu Nicholasa Eamesa to napisane z lekkim przymrużeniem oka bohaterskie fantasy, które otrzymało nagrodę The David Gemmell Morningstar Award za najlepszy debiut w 2017 roku. Postanowiłam zatem sprawdzić, co zdecydowało o jej sukcesie. I mogły to być barwne, powracające z awanturniczej emerytury postaci.

Gdy przebrzmiałej urody łotrzyk Gabriel dowiaduje się, że jego córka Rose wraz ze swoją kompanią znalazła się w oblężonym przez potwory mieście, bez zastanowienia rusza po swoich dawnych druhów z grupy zwanej Sagą, by prosić ich o pomoc w uwolnieniu kobiety. I nie jest mu łatwo zebrać ich z powrotem, bo wszyscy mają teraz obowiązki rodzinne, kupieckie czy też królewskie, a przede wszystkim przytyli i nie są już tacy rzutcy, jak w czasach sławy. I tak pierwszy z nich Clay Cooper, właściciel niezwykłej tarczy z drzewca – Czarnosercego, ma żonę i córkę, i ani myśli ich zostawić. Były złodziej Matrick jest królem, Ganelon siedzi w dość nietypowym więzieniu, a mag Korg w swojej wieży i szuka lekarstwa na zgniliznę. Sytuację zdecydowanie komplikuje też fakt, że oblegane miasto Castia znajduje się po drugiej stronie wielkiego, śmiertelnie niebezpiecznego lasu zwanego Wyldem, zamieszkałego przez rozmaite niebezpieczne rasy, potwory i kanibali...


Świat przedstawiony w niczym nie odbiega od typowego wyobrażenia uniwersum fantasy – cywilizacja jest na poziomie rozwoju przełomu średniowiecza i odrodzenia, po jednej stronie Wyldu znajduje się pięć krain, które generalnie ze sobą współpracują, choć każda ma swojego władcę. Powszechnie wyznawani są czterej bogowie związani z porami roku. Na odludziach i w ogromnym lesie można zaś natknąć się na przeróżne bestie, np. gobliny, trolle, ettiny, wyverny i smoki, a może nawet legendarne sowomisie, w których istnienie święcie wierzy Korg. Natomiast niektóre człekokształtne istoty – arachnidy czy gorgony mieszkają nawet wśród ludzi. Występuje także magia i napełnione nią przedmioty, w tym interesujące artefakty. Jednak cechą najbardziej wyróżniającą ten świat są grupy śmiałków, które na wzór dawnej Sagi zajmują się walką z potworami – nie jednak w starym stylu udając się do Wyldu, ale prowadząc pojedynki z bestiami na arenach, które to znajdują się w każdym większym mieście Grandualu. To zdecydowanie najlepszy sposób na zdobycie sławy. Bo w tej krainie albo masz swoją dumę, (...) albo nie masz nic (s.438).

Fabuła toczy się wartko i jest pełna zarówno pechowych jak i szczęśliwych zdarzeń, a opiera się przede wszystkim na bijatykach i potyczkach, które nieustannie toczą bohaterowie. Jest też oczywiście wielki zły, ale nic więcej na jego temat nie zdradzę, żeby nie zepsuć niespodzianki. Powieść czyta się przyjemnie, w czym pomaga zakrapiane sarkazmem poczucie humoru autora, a także bardzo dobre tłumaczenie na język polski. Nie sposób nie polubić starannie scharakteryzowanych bohaterów, którzy nie są wolni od wad. Muszę powiedzieć, że to najlepsze książkowe remedium na kryzys wieku średniego, z jakim do tej pory miałam do czynienia – przekonuje ono bowiem, że będąc zmotywowanym i odważnym, z wiernymi kompanami u boku osiągniesz sukces nawet jeśli jesteś podstarzałym grubaskiem. Zresztą nie chodzi tu o zwykłą pomyślność – ale jak mówi Gabriel: to nie jest wybór pomiędzy życiem i śmiercią, tylko pomiędzy życiem i nieśmiertelnością! (s.483). 
 

Z drugiej jednak strony hymnem Sagi powinna być szanta Bijatyka 24 lutego, bo nieustannie się z kimś lub czymś ścierają, co mimo dynamicznych opisów scen walki w pewnym momencie daje poczucie zdecydowanego przesytu tym pierwiastkiem. Bohaterowie niczym gang motocyklistów przedzierają się przez kolejne przeszkody, bardziej lub mniej przy tym obrywając i byłoby to interesujące pod warunkiem, że pozostałe wątki pozostaną z potyczkami w jako takiej równowadze, tu niestety tak nie jest. Nie podobało mi się też wykorzystanie innej grupy herosów, czyli Awangardy, jako deus ex machina do ratowania tytułowej drużyny z opresji, z których nie mogła wyplątać się sama. Uważam, że autor mógł nieco bardziej zróżnicować swoje pomysły na rozwój fabuły.

Summa summarum Królowie Wyldu Nicholasa Eamesa to pędząca w szalonym tempie, przepełniona po brzegi potyczkami opowieść fantasy o grupie niechętnie powracających z emerytury awanturników, pokazująca siłę zgranego zespołu i odpowiedniej motywacji. Podlana lekkim sosem sarkazmu i niepowtarzalnym urokiem kolorowych weteranów zapewni Wam kilka sympatycznie spędzonych godzin, szczególnie jeżeli gustujecie w niezliczonych opisach bitek. A w przygotowaniu jest już kolejny tom serii o córce Gabriela, zatytułowany Bloody Rose, po który zapewne sięgnę.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Rebis.

Autor: Nicholas Eames
Tytuł: Królowie Wyldu
Tytuł oryginału: Kings of the Wyld
Tłumaczenie: Robert J. Szmidt
Wydawnictwo: Rebis
Rok wydania: 2018

4 komentarze:

  1. Zapowiada się dobrze. Poczekam jak wypadną kolejne części. Nie przywykłem sięgać po otwarte cykle, które nie wiadomo ile 'będą się pisać'. Ale recka bardzo dobra. A że jestem tu pierwszy raz to wypada mi się serdecznie przywitać. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serdecznie witam i zapraszam ponownie :) I w pełni rozumiem chęć czytania zamkniętego cyklu, ciekawe, ile jeszcze części powstanie.

      Usuń
  2. Dla mnie ta książka to przede wszystkim bardzo lekka przygoda, która może dać sporo rozrywki, ale no jak piszesz - idealna nie jest. Faktycznie, przygody bohaterów są dość... jednostajne. Poza tym dla mnie sama kreacja świata jest bardzo chaotyczna, niekoniecznie przemyślana. No ale... mimo wszystko czyta się tę powieść nieźle. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest zdecydowanie lekkostrawna, i oczywiście zgadzam się, że kreacja świata mogłaby być lepiej dopracowana. Jest napisana trochę w stylu filmowym - z nastawieniem na akcję.

      Usuń