sobota, 19 maja 2018

Piętno świata bez książek

Po 451 stopni Fahrenheita sięgnęłam z ciekawości – aby sprawdzić, czy napisana w 1953 roku powieść science-fiction Raya Bradbury'ego zawiera nadal aktualne treści, ale też ze względu na główny pomysł – czyli świat bez książek. Jak zatem wypada lektura z poprzedniego stulecia?

Głównym bohaterem jest trzydziestoletni Guy Montag, z zawodu strażak. A ponieważ wynaleziono specjalną niepalną folię, którą pokrywa się całe budynki, służba pożarnicza jest czymś zupełnie innym niż u nas – zamiast walką z ogniem zajmuje się bowiem jego wzniecaniem i jest wzywana, by palić zakazane woluminy wraz z domami ich właścicieli. A tak się składa, że wszystkie książki są zakazane, ponadto można nawet zostać ukaranym za spacer na świeżym powietrzu. Żona Guya Mildred całymi dniami ogląda telewizję i marzy o tym, by mieć ekran na kolejnej, czwartej ścianie, bo wtedy mogłaby w pełni uczestniczyć w programie „rodzinka”, w którym specjalna funkcja pozwala włożyć w usta prowadzącego jej nazwisko za każdym razem, gdy zwraca się on do publiczności. Punktem zwrotnym dla protagonisty jest spotkanie z Clarissą McClellan, nastoletnią sąsiadką, która znienacka zadaje mu szereg pytań, w tym to najważniejsze – czy jest szczęśliwy. Zaczyna wychodzić na jaw tajemnica strażaka – że od jakiegoś czasu zaczął ukrywać w domu uratowane z pożarów książki...


W centrum opowieści znajduje się cały czas Guy, dlatego też jest jedyną postacią, której myśli poznajemy. Z tej przyczyny nie uzyskujemy szczegółowej wiedzy o całym dystopicznym świecie przedstawionym, a jedynie widzimy wydarzenia dziejące się bezpośrednio wokół strażaka. Powieść jednak nic na tym nie traci, bo przemyślenia bohatera i rozmowy, które prowadzi, np. ze swoim komendantem czy emerytowanym profesorem Faberem są głębokie i niosą tak istotne treści, że można do nich wielokrotnie wracać. Istotnym elementem utworu jest oczywiście analiza stanu społeczeństwa: No, jak by nie patrzeć, żyjemy w epoce chusteczek jednorazowych. Wydmuchaj nos w drugiego człowieka, zgnieć go w dłoni, spuść w toalecie (s.23). Ludzie nie spędzają już czasu na gankach, by ze sobą po prostu porozmawiać, oglądają jedynie telewizję, przez co ich słownictwo zubożało do tego stopnia, że nie są w stanie sformułować dłuższego zdania, a także wypowiedzi bez powtórzeń. Mamy wszystko, co niezbędne do szczęścia, a mimo to nie jesteśmy szczęśliwi. Czegoś brakuje. (...) Jedyną rzeczą, co do której miałem pewność, że jej brakuje, były książki, które spaliłem przez ostatnie dziesięć, dwanaście lat (s.81). To tylko jedna z wielu wypowiedzi poświęcona drugiemu najważniejszemu aspektowi utworu, czyli roli, jaką mogą odgrywać książki we współczesnym świecie, znajdziecie na ten temat sporo interesującej materii, np.: Być może książki pozwoliłyby nam choć częściowo wychynąć z jaskini; być może dzięki nim uniknęlibyśmy popełnienia po raz drugi tych samych przeklętych błędów! (s.73).

Powieść pełna jest symbolicznych znaczeń – na przykład imię i nazwisko głównego bohatera można zinterpretować następująco: Guy (po angielsku facet, gość) to rodzaj znanego ze średniowiecznych moralitetów Everymana, odbywającego swoją ostateczną wędrówkę, po której zostanie osądzony i uznany za dobrego lub złego; zaś Montag to po niemiecku poniedziałek, a zatem pierwszy dzień tygodnia, symbolizujący nowe otwarcie, przebudzenie. Pozostałe postaci także nie są osobami z krwi i kości, ale raczej przedstawicielami pewnych idei i wartości, czy też po prostu życiowych postaw, co również odpowiada formie moralitetu. Ponadto znajdziemy tu sporo aluzji i nawiązań do znanych dzieł literackich, oraz sporo zagadnień, które możemy poddać analizie. I z całą pewnością możemy dostrzec w tej powieści znacznie więcej, niż sam autor zakładał, czyli przede wszystkim krytykę telewizji. W rzeczy samej, rzadko się zdarza, by 150 stron było tak wypełnione znaczeniami, impulsami do przemyśleń nad współczesnym człowiekiem i społeczeństwem, by mimo upływu 65 lat nie stracić trafności i przewidzieć między innymi to, jak technologia pozbawi nas umiejętności komunikacji międzyludzkiej czy jak wszystko wokół przyspieszy. Z drugiej strony pisarz nie założył m. in. powstania telefonów komórkowych – rozmawianie przez tradycyjny aparat stacjonarny może więc u niejednego z nas wywołać uśmiech.

Są takie książki, które wypalają na czytelnikach piętno. Takie właśnie jest 451 stopni Fahrenheita ze swoją głębią, szerokim polem do interpretacji i prawdziwą życiową mądrością. To jedna z tych lektur, do których można wielokrotnie wracać, ciągle odkrywając w niej nowe sensy i zadając sobie nowe pytania. Czym bylibyśmy bowiem bez słowa pisanego, pozbawieni kontekstu i doświadczeń poprzednich pokoleń? Kim bylibyśmy bez znajomości dobra i zła, bez możliwości podejmowania świadomych decyzji? I z tą myślą Was zostawiam, gorąco zachęcając do przeczytania tej ponadczasowej przypowieści o budzeniu się wewnętrznego ja, której z pewnością nie powstydziliby się scenarzyści Black Mirror.

Autor: Ray Bradbury
Tytuł: 451 stopni Fahrenheita
Tytuł oryginału: Fahrenheit 451
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła
Wydawnictwo: Mag
Rok wydania: 2018

4 komentarze:

  1. Właśnie zauważyłem na Facebooku i nie mogłem przejść obojętnie :D Czyżby na zdjęciu ta słynna wersja z podpalanym papierem? :D Czuję się zachęcony recenzją, fajnie że wspomniałaś o postaci-everymanie, bo po lekturze Kafki nabrałem ochoty na tego typu figury literackie. Co do lektury zaś, książki chyba czeka mniej spektakularna śmierć - nie w ogniu a w kurzu, niestety. Tak czy inaczej, dzięki za przypomnienie o Bradburym ;)

    Pozdrawiam, Jared

    OdpowiedzUsuń
  2. Papier sama podpalałam, przy tej lekturze po prostu trzeba było sprawdzić, czy jest to przyjemne, jeżeli przyjrzeć się kartce uważnie, okaże się, że to pierwsza strona powieści :)
    A Bradbury swoją wizją po prostu rzuca na kolana. Mam nadzieję, że zachęcę wielu czytelników do sięgnięcia po tę powieść.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawa książka, choć zdecydowanie nie zwala z nóg. Po stylu prowadzenia narracji czuć, że minęło trochę lat. Ten mechaniczny ogar chociażby wypada trochę infantylnie. Zgodzę się z Tobą, że bohaterowie powieści są raczej orędownikami konkretnych idei, a nie postaciami, których dramaty czytelnik ma mocno przeżywać. Przyznam też, że umknęła mi symbolika everymana, o której piszesz, choć sam poddałem tę powieść pewnej analizie.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszy mnie, że mimo dobrej znajomości książki znalazłeś u mnie coś nowego na jej temat i oczywiście zapraszam w przyszłości!

      Usuń